Alternatywny rock. Pojęcie tak obszerne, że trudno już zgadnąć, kto jest jeszcze offowy, a kto gra już mainstreamowo. Kiedyś alternatywą było granie na grzebieniu, teraz - wszystko, co zawiera w sobie dźwięki i teksty nieco ambitniejsze od ogólnodostępnej papki. W tym tygodniu do sklepów trafił "Flagship" - album doskonale równoważący brzmienia popkulturowe z absolutnie wyszukanymi.

Rok temu młodziutka kapela z Północnej Karoliny wypuściła na światło dzienne EP-kę, zatytułowaną "Blackbush" - coś pomiędzy debiutanckim krążkiem formacji The Script, "Scars & Stories" składu The Fray, a "What Did You Expect from The Vaccines?" grupy The Vaccines. Na minipłycie zespołu Flagship znalazł się kapitalny utwór "Still I Wait", który sprawnie zwrócił uszy fanów delikatnych, rockowych brzmień, w stronę początkujących muzyków. A to zaprowadziło ich z kolei do nagrania longplay’a, zatytułowanego po prostu "Flagship", który właśnie trafił do sklepów na całym świecie.

Takiego debiutu nie słyszałem dawno. W ogóle niewiele debiutów wzbudza we mnie taki zachwyt. Zauważyć należy: tak dobry materiał wyprowadza zazwyczaj bandy na piedestały. Arctic Monkeys zachwycili przecież swoją pierwszą płytą "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not" w 2005 roku, ugruntowując sobie tym samym pozycję jednego z najlepszych składów na świecie na następne dekady, bo koncertują z powodzeniem i nagrywają już osiem lat, a końca ich popularności nie widać. The Kooks debiutem "Inside In/Inside Out" w 2006 roku rozkochali w sobie fanów i zapewnili miejsce w czołówce światowego indie-rocka. I być może do dziś zgarnialiby większość prestiżowych nagród, gdyby nie niefortunny zbieg okoliczności, jakim było wydanie przez Arctic Monkeys wspomnianego krążka rok wcześniej, który zupełnie przyćmił inne młode kapele na następne wieki.

"Flagship" jest tworem niezwykle różnorodnym, choć spójnym zarazem. Oczywiście, można twierdzić, że utworów takich jak "Life Underwater" na świecie było już przez dekady setki tysięcy. Można powiedzieć, że piosenka numer siedem, "Neverland", podobnie jak "The Wilderness" czy "Fear Of Falling", z powodzeniem mogłaby się znaleźć na wydanym kilka miesięcy temu krążku grupy Foals, "Holy Fire". Trzeba jednak wierzyć, że nagrania te nie tylko mogłyby się znaleźć, ale też że genialni Foalsi z pewnością nie powstydziliby się takich kompozycji.

Trudno określić debiutancki longplay amerykańskich muzyków jednym słowem. Jest na tej płycie sporo gitar, jest energiczna perkusja ustępująca często miejsca instrumentom klawiszowym (słychać fortepian i organy), są też przede wszystkim eksperymenty z syntezatorami (chylę czoła przed zdawkową elektroniką w genialnym numerze "Hollywood Underwater"). Dodatkowo "Are You Calling" - otwierający wydawnictwo utwór, będący jednocześnie singlem promującym "Flagship", to melodia poruszająca prostotą: a więc większością tych elementów, które zaserwowały nam dotychczas wszystkie lepsze składy indie rockowe - nieco podrywającymi i przejmującymi gitarami trzymającymi tempo, odsuniętymi w cień bębnami, które niepozornie nadają charakteru kompozycji, jednocześnie wokalem podobnym zresztą do głosu prowadzącego w składzie Dry The River. Skąd bierze się zatem mój zachwyt, skoro wszystko to już gdzieś słyszeliśmy?

"Flagship" to wydawnictwo wyjątkowe z dwóch względów. Po pierwsze, wszystko tu brzmi świeżo i aż nie chce się wierzyć, że krążek jest efektem pracy zaledwie dwudziestokilkulatków. Tu zaznaczyć trzeba także, iż skład nie jest jeszcze zbyt rozpoznawalny, a na iTunesie nie odnosi znaczących sukcesów, co - miejmy nadzieję - jest na tę chwilę tylko ciszą przed burzą. Po drugie zaś, płyta to czysty, fajny, pozostawiający miejsce na głęboki oddech, soft rock: nawet, jeśli zdarzają się tu eksperymenty, nikt nie narzuca słuchaczowi jakichś określonych tonów, które przyćmić mogłyby dobre, rytmiczne gitary. A o tej prostocie w ostatnim czasie zarówno twórcy, jak i fani rocka na wszystkich kontynentach, zwyczajnie zapomnieli...