Głoszono już zmierzch rock’n’rolla, tymczasem świat muzyczny pęka w szwach od festiwali spod tego szyldu. Wieszczono też upadek „klasycznego” popu, jednak scena mainstreamu jest szeroka i pomieści jeszcze mnóstwo osób. Twierdzono też, że muzyka klubowa odchodzi do lamusa – nic bardziej mylnego. Niedowiarkom nogę podkładają dziś – dokładnie dziś, w dniu światowej premiery nowego krążka – bracia Lawrence, znani bardziej jako Disclosure.

Powiedzieć, że Disclosure to dziś marka, na którą pracowano krótko, acz skutecznie, to nic nie powiedzieć. Disclosure to znak dzisiejszego progresu w świecie elektroniki, to symbol współczesnej młodzieży, to smak południowego Londynu, do którego tęskno wszystkim miłośnikom czy znawcom syntezatorów i ich pochodnych. Disclosure jest dziś jak nastolatek biegnący wzdłuż kordonu policji z armatkami wodnymi, jak aktywista przykuwający się do drzewa w parku narodowym. A "Caracal", drugi studyjny album młodziutkiego rodzeństwa, to zwycięstwo młodych nad starymi, artyzmu nad komercją, designu nad zadymionymi krakowskimi knajpkami. Ta płyta to wszystko, czego dzisiaj potrzebujemy do pełni modnego życia: a potrzebujemy filozoficznej myśli, zainteresowania sztuką, ale też skandynawskich mebli w lofcie w centrum zatłoczonego miasta i latte na mleku sojowym. "Caracal" to szczyt tego, co aktualne. Jak bracia Lawrence to osiągnęli? Sami wyznaczyli kierunek w sztuce.

Próba przekreślenia Disclosure i ich fenomenu, niosącego ich na szczycie już od studyjnego debiutu "Settle" sprzed ponad dwóch lat, byłaby nie tyle ignorancją, co głupotą samą w sobie. Umówmy się: kiedy w 2013 roku na salony wkroczył niespełna dziewiętnastoletni Howard i starszy od niego o trzy lata brat Guy, mogliśmy być nieco oszołomieni - jakością, świeżością, dojrzałością, nadążaniem za aktualnymi trendami. Ale przede wszystkim: tym, że świeże nabytki branży elektro postanowiły wytoczyć działa w stronę starszych kolegów i... udało im się to bez najmniejszego trudu. Wtedy świat zachwycił się wspaniałymi "When A Fire Starts To Burn", "You & Me" (i jego genialnym remiksem, wykonanym przez równie młodego australijskiego DJ-a, Flume), "F For You" i "Latch", a potem Disclosure dołożyli cegiełkę do swojego pomnika, wykonując w sposób olśniewający, podczas gali rozdania BRIT Awards w 2014 roku, swoje perfekcyjne "White Noise" z Aluną Francis, wokalistką AlunaGeorge (akompaniując przy okazji Lorde w jej przebojowym "Royals").

Takiego elektro-fenomenu nie było dawno, o ile kiedykolwiek - poza Jean Michelem Jarrem - w ogóle był. Bez przesady: Disclosure rozłożyło na łopatki wszystko, co dotychczas w świecie muzyki klubowej słyszeliśmy. Duet nie wynalazł nowych dźwięków, ale ułożył dotychczas znane w sposób bezpretensjonalny. I przeszedł z nimi długą drogę od drzwi klubu nocnego do dużych, komercyjnych stacji radiowych. To tak, jakby wymyślić jakąś część muzyki od nowa. Szacunek.

Perfidnym byłoby twierdzenie, że "Caracal" zamiata pod dywan konkurencję - istnieją jeszcze przecież odmienne filary elektroniki, które warto znać (The xx, ale raczej z pierwszej płyty, niż z miałkiego i powtarzalnego "Coexist"; Caribou z moją płytą roku 2014, "Our Love"; szereg dokonań artystów takich jak Gold Panda, Jamie Woon czy James Blake). Miejmy jednak na uwadze, iż nie wszystkim, a może raczej prawie nikomu, nie udało się przebić do mainstreamu. Nie wszystkim udało się zrealizować istotne duety, tak potrzebne i ważne - bo świadczące o eklektyzmie - we współczesnej muzyce rozrywkowej.

Płytą "Caracal" Disclosure wchodzi na poziom, na którym mogą stać już tylko naprawdę najwięksi. Bo z jednej strony - atakują nastawionym mainstreamowo kawałkiem "Magnets" z Lorde na wokalu, przypominającym zresztą rzeczone już "Royals", któremu pierwotnie również nie wróżono spektakularnej kariery. Z drugiej - naprawdę mocno wciskają w fotel głębią "Hourglass" czy "Echoes". Z trzeciej zaś - wchodzą w kolaboracje na poziomie, o którym polski przemysł muzyczny (no może poza Jimkiem i Miuoshem - choć ich projekt z NOSPR wydaje mi się dość mocno przereklamowany) może zaledwie pomarzyć: mowa tu między innymi o Gregorym Porterze, jednym z najlepszych współczesnych jazzmanów, którego wokal powala w singlowym "Holding On".

"Caracal" to zaledwie druga płyta w dorobku Disclosure. To wciąż mało, choć drugi album jest zazwyczaj najprawdziwszym testem dla artystów: bo wkrótce po debiucie da się albo przebić pierwszy krążek (wystarczy wspomnieć "Nevermind" Nirvany z 1991 roku), albo podtrzymać wysoki poziom ("Favourite Worst Nightmare" Arctic Monkeys), albo pokazać zwyczajność i brak pomysłu ("Babel" Mumford & Sons). Disclosure Ameryki oczywiście nie odkrywa, ale tworzy wybitne dzieło na miarę klasyków, które trafią do podręczników nie tylko dla DJ-ów, ale dla muzyków w ogóle. Wreszcie w świecie młodych artystów znalazł się ktoś, kto pokazał, że nie zamyka się na świat; ktoś, kto nie boi się eksperymentów; wreszcie ktoś, kto pokazuje, że muzykę po prostu rozumie.