Z jednej strony pan Disney, ze swoimi zastępami oddanych pracowników, światem bajkowych rollercoasterów i uśmiechem ukrytym pod wąsem znajomego wujka Edka. Ciepły, miły, starzejący się gwiazdor. Z drugiej – zimna, opryskliwa, bezczelnie szorstka pani Travers. Kto wygra batalię? Odpowiedź wydaje się dość prosta…

Znów ktoś zaserwował nam obraz kilku dni z życia wielkich postaci, podpisując swój film szyldem "biografia" i wmawiając nam, że to, co zobaczymy tym razem rzuca zupełnie nowe światło na uwielbianą przez nas postać. Czy aby na pewno? "Ratując pana Banksa" - słodko-kwaśna opowieść o huraganie, który przetoczył się przez centrum Hollywood - raduje właśnie widzów na całym świecie. W szaleństwie mydlenia oczu kinomanom jest jednak metoda...

Renée Zellweger nieco ponad siedem lat temu, gdy na ekrany trafił film "Miss Potter", postać pisarki obronić próbowała, choć bardziej kojarzyła nam się z walczącą z kompleksami Bridget Jones niż z Beatrix, która na przełomie wieków miała rozanielać dzieci swoimi króliczkami. Sięgnięto więc po aktorkę z najwyższej półki (Meryl Streep), po opowieść bliższą naszym czasom (historię podstarzałej gospodyni domowej, sprzedającej swe kulinarne eksperymenty w telewizjach i na kartach książek), w końcu: stworzono obraz zatytułowany "Julie i Julia". Obraz, który poległ na własnym zaplątaniu w powtarzalności, właściwie - na braku jakiegokolwiek drugiego dna, na który widzowie czekać mogli scena po scenie.

Teraz zekranizowano epizod, pewnie kluczowy dla całej wytwórni Disneya, sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Słynna pisarka serii o Mary Poppins - Pamela Travers - trafiła wówczas do Los Angeles (na zaproszenie słynnego Walta), gdzie zapaść miały decyzje, kluczowe dla powstania filmu na podstawie jej powieści. Ile w najnowszym obrazie Johna Lee Hancocka (który - swoją drogą - w dniu premiery "Mary Poppins", o którym teraz opowiada, miał niespełna siedem lat) jest prawdy, tego nie dowiemy się już zapewne znikąd. Pewne jest natomiast, że Hollywood próbuje nami zgrabnie manipulować, byśmy śmiali się i płakali jednocześnie, współczuli i potępiali...

Znów na ekranie zaserwowano nam patos, rażąco przeszkadzający jak w większości hollywoodzkich produkcji. Ton ten razi za oceanem nieustannie, czyniąc z widza idiotę, dla którego wyznacznikiem poziomu filmu jest wylana podczas seansu ilość łez. Jeśli więc w "Ratując pana Banksa" znana pisarka usłyszy interpretację swoich tekstów w wykonaniu braci Sherman, tworzących dla Disneya dziecięce piosenki, chwyci się za głowę i przeniesie wspomnieniami do czasów, gdy jej ojciec przemawiał do tłumu na folklorystycznym festynie; kiedy posprzecza się z odpowiadającymi za produkcję o wizualizacje miejsca zamieszkania bohaterów filmu - przeniesie się w czasie do rodzinnego domu; wreszcie - gdy w dorosłym życiu zetknie się z kłopotami, przed oczami mieć będzie pijanego, zataczającego się w pieleszach tatę. Każda więc scena będzie mieć tak tragiczne uzasadnienie, że w pewnym momencie odniesiemy wrażenie, iż od przygnębiającej przeszłości nigdy nie będzie dało się odciąć.

Wszystko w "Ratując pana Banksa" leży na jednej prostej drodze, więc może lepiej spróbować wmówić sobie, że obraz zaserwowano nam wyłącznie jako wypełniacz na długie, zimowe wieczory. Nie zostajemy bowiem przez dwie godziny projekcji pozbawieni złudzeń, że brakuje tu jakiejś wyrazistości, mając na względzie choćby fakt, że wszyscy są w filmie wyłącznie dobrzy, przyjaźni, a gburowaty charakter panny Travers to zaledwie maska, którą nałożyła na potrzeby chwili (nie ma co się głębiej zastanawiać - jej notka biograficzna przepleciona będzie tu z historią współczesną bohaterom prosto i przejrzyście). Oczywiście, nie znaczy to, że brakuje czegoś w warstwie wizualnej - tu jest ślicznie, ciepłe zdjęcia przyciągają, muzyka przywodzi piękne animacje wytwórni, montaż - płynny i spokojny - cieszy oko przeciętnego widza: nawet, jeśli odnosimy wrażenie, że wszystko to już gdzieś było...

Obrazy dzielić muszą się na te, które - skłaniając do refleksji - przygnębiają zarazem, ale też na te (niestety - zasłużenie już kojarzone głównie z Hollywood), które służyć mają tylko wypełnieniu czasu wolnego milionom na całym świecie, a także łataniu domowych dziur budżetowych kolejnych producentów. Do której grupy zaliczyć "Ratując pana Banksa"? Niewątpliwie do tych drugich, choć przyznać trzeba też, że film ten chwycić za serce potrafi. Oczywiście nie tak spektakularnie, jak tysiące produkcji szwedzkich, francuskich, hiszpańskich czy choćby brytyjskich, które co roku zgarniają dziesiątki nagród, na prestiżowych, alternatywnych festiwalach, ale skutecznie - a to dla masowej publiczności z pewnością się liczy.

Tom Hanks, wcielający się tu w postać Walta Disneya, to ewidentnie już nie ten złoty chłopiec, którego pokochaliśmy w "Dużym" z 1988 roku, doceniliśmy za "Filadelfię" i "Bezsenność w Seattle", zaakceptowaliśmy jego nieustanną obecność dzięki obrazom "Apollo 13" czy "Forrest Gump". To już tylko odtwórca, nie postać. Pozostaje nam więc kochać tu wielokrotnie nagradzaną (między innymi Oscarami i Złotymi Globami - tak za aktorstwo, jak i scenopisarstwo) Emmę Thompson, której  sylwetka panny Travers wydaje się najbardziej zaangażowana. Bo kogo innego polubić w "Ratując pana Banksa"? Przecież na pewno nie Colina Farrella (i pomińmy tu nienawiść, którą pałają do niego nasi rodacy za krótki i intensywny związek z góralką Alicją Bachledą) - jego pszenno-buraczany brak mimiki znamy już przecież z ról, którymi zepsuł niejeden obraz: by wymienić choćby "Telefon", "Aleksandra", "Sen Kasandry", "Londyński bulwar", "Niepokonanych"...

Zastanawiający pozostaje fakt, jak niewiele wiedzieć możemy o twórcach książek, filmów, muzyki. To chyba największy skarb "Ratując pana Banksa" - sentymentalna podróż w sam środek rozdartej duszy docenionej artystki, której różowe opowieści absurdalnie korespondują z tragicznym dzieciństwem, które stało się wyrocznią każdej jej życiowej decyzji.

OCENA FILMU: 5/10

Grzegorz Betlej. W RMF FM od maja 2010 roku. Od blisko dwóch lat w Redakcji Muzycznej RMF FM. Programuje stacje, tworzy serwisy muzyczne, przeprowadza wywiady z gwiazdami. Prywatnie: filmoznawca na krakowskim Uniwersytecie Jagiellońskim.