W 2014 roku ukazał się jego debiutancki album, zatytułowany - po prostu - "Hozier". Młodemu wokaliście pochodzącemu z zachodniej części Irlandii singiel promujący wydawnictwo - "Take Me To Church" - przyniósł tak ogromny sukces, że od ponad roku nie ma czasu na siedzenie w domu: koncertuje na całym świecie, udziela wywiadów i zgarnia prestiżowe nagrody. Lada dzień na półkach sklepowych znajdzie się reedycja jego krążka. Reedycja, którą - bez wątpienia - podbije serca kolejnych fanów.

Od blisko roku utwierdzam się w przekonaniu, że Wielka Brytania króluje na światowym rynku muzycznym. Wprawdzie największy konkurujący ze Zjednoczonym Królestwem kraj - Stany Zjednoczone - wypuszcza na światło dzienne dziesiątki tysięcy utworów rocznie, ale - bez zbędnego oszukiwania się - zdają się one zdecydowanie mniej ambitne i ledwie wnoszące cokolwiek świeżego do muzyki. Wielka Brytania natomiast wydała w ostatnim roku trzech młodych artystów, którzy trzęsą delikatnie rockową częścią sceny, o lata świetlne wyprzedzając śpiewających rówieśników ze wszystkich kontynentów: 25-letnich Hoziera i Jamesa Baya, a także trzy lata młodszego George'a Ezrę. Pierwszy z nich odnosi jak dotąd największe sukcesy: sprzedał już ponad półtora miliona egzemplarzy swojego debiutanckiego albumu plus dziesięć milionów singli, w internetowych serwisach streamujących muzykę doczekał się blisko siedmiuset milionów odtworzeń (!!!), a do tego dodać należałoby pół miliarda wyświetleń teledysków w serwisach VEVO oraz YouTube. Za kilka dni na półki sklepowe na całym świecie trafi reedycja jego debiutanckiej płyty, wzbogacona między innymi o wersje koncertowe znanych przebojów, a także o spektakularny popis możliwości wokalnych z pamiętnego występu młodego artysty w BBC.

Spotkaliśmy się dosłownie na kilkanaście minut. On - zaskoczony niedorzecznym szumem wokół niego. Ja - zaskoczony tym, że będąc wielką gwiazdą, można wciąż pozostać naprawdę normalnym facetem.

Grzegorz Betlej, RMF FM: W styczniu tego roku napisałem miniprzewodnik, zatytułowany "50 albumów z 2014 roku, które musisz znać". Wśród krótkich, dwuzdaniowych opisów każdego, zawarłem opinię o twoim: "Do rocka brakuje mu wiele, od popu leży bardzo daleko, może najbardziej ściera się z bluesem. Na pewno jednak: zagości na listach przebojów jeszcze więcej niż raz"...

Hozier: Myślę, że słusznym jest mówienie, że to muzyka najbliższa bluesowi, bo obok soulu to właśnie blues miał w trakcie komponowania tego krążka największy wpływ na mnie. Może ten album nazwałbym też odrobinę folkowym, poza tym - na pewno - zawiera gospel. Masz jednak rację, że to zdecydowanie nie jest pop. Chyba właściwie wszystkie te gatunki, które wymieniłem, mogłyby zamknąć dyskusję na temat brzmienia albumu zatytułowanego "Hozier".

Wiem, że twoja mama namalowała okładkę do tej płyty.

Jest artystką, namalowała okładki do pierwszej i drugiej EP-ki, więc kiedy miała się pojawić płyta długogrająca, oczywistym dla mnie było, żeby zapytać, czy nie zechciałaby kontynuować tego, co dotychczas stworzyła. A ona - co nie wzbudziło we mnie żadnego zaskoczenia - naturalnie się zgodziła. Generalnie świetnie nam się współpracuje.

Jest na pewno spora część publiczności, która jeszcze cię nie zna, więc powinniśmy powiedzieć parę słów wyłącznie o tobie. Czy to prawda, że znajomi zaczęli do ciebie mówić per Hozier już w szkole?

Tak, inni uczniowie potraktowali to za dobry pseudonim, choć tak właściwie - to moje drugie imię. Kiedy pierwszy raz przedstawiłem się pełnym nazwiskiem, wszyscy od razu podłapali drugie imię - i nauczyciele i koledzy zaczęli do mnie mówić Hozier. Teraz myślę, że do grania na scenie i wydawania płyt to bardzo przydatne - łatwiej przedstawiać się jako Hozier, niż pełnym nazwiskiem - bo nazywam się Andrew Hozier Byrne.

Wprawdzie tylko przez rok, ale chodziłeś do Trinity College w Dublinie, które ukończyli między innymi Jonathan Swift, Oscar Wilde i Samuel Beckett, autor kultowej wręcz sztuki "Czekając na Godota". Nasuwa się pytanie, czy w takim miejscu odczuwałeś jakiś rodzaj presji...

Jednocześnie tak i nie. Czułem oczywiście, że Trinity jest niesamowite, ma nieprawdopodobnie bogatą historię, absolwentów, którzy osiągnęli szczyty, więc siłą rzeczy to dość prestiżowa uczelnia. Natomiast trzeba powiedzieć, że byłem studentem muzyki, co mogło sprawić, że nie myślałem o jakiejś presji ze strony wybitnych twórców z dziedziny literatury, mimo iż jestem ogromnym fanem Oscara Wilde’a. Te dwie dziedziny sztuki są absolutnie różne. Mogłem być dumny z okazji przebywania w tamtym miejscu, ale nie szczycić się cudzymi osiągnięciami.

Zanim wrócę do tematu twojej płyty, chciałbym jeszcze zatrzymać się na kolejnym fakcie z twojego dzieciństwa: twój ojciec był muzykiem bluesowym, co musiało cię w jakiś sposób ukształtować.

Tak, w moim domu było sporo muzyki, tato grał chicagowskiego bluesa cały czas. Chłonąłem wszystkie dźwięki, które były wokół, pamiętam dobrze Johna Lee Hookera, ale dopiero kształtowałem swój muzyczny gust, który przeszedł w jakieś fascynacje rock’n’rollem już w czasach, gdy byłem nastolatkiem.

W każdej rozmowie musi nadejść czas na kilka miłych słów: uwielbiam twoją wersję utworu "Problem" Ariany Grande, którą nagrałeś dla BBC Live Lounge - uważam zresztą, że jest lepsza od oryginału, poza tym sądzę, że najlepszym kawałkiem z twojego debiutanckiego krążka jest "Sedated": to ekstremalnie perfekcyjna piosenka. A do tego wszystkiego, wśród osób zainteresowanych światem muzyki, mówi się, że nie mieliśmy tak zdolnych irlandzkich muzyków od czasów U2 czy The Corrs. "Hozier" jest popularnym albumem na całym świecie, stałeś się na tyle rozpoznawalną gwiazdą, że podczas ostatniej ceremonii rozdania nagród Grammy wystąpiłeś w duecie z legendarną Annie Lennox, grałeś na wybiegu podczas prezentacji nowej kolekcji Victoria’s Secret. Mówię o tym, bo wiem, że stykasz się z przychylnymi tobie komentarzami, a mimo to znajomi, którzy mieli okazję cię poznać, mówią mi, że jesteś wyjątkowo skromnym facetem.

Ja w ogóle nie wiem, co to znaczy "czuć się jak gwiazda rocka". Teraz fani są bardzo blisko mnie, ale nie czuję różnicy w samym sobie od czasu, gdy byłem zwykłym chłopakiem. Kiedy przychodzi sukces, możesz tylko czuć, że spełniają się marzenia, ale ten stan sam w sobie nie sprawia, że jesteś gwiazdą rocka - po prostu robisz to, co kochasz. Oczywiście, życie w trasie koncertowej jest zupełnie inne od tego, jak wygląda zwykłe życie. Żyjesz na walizkach, ale to właściwie naprawdę jedyna różnica. Ja chyba zresztą nie czuję do końca tego typu stylu życia, które każe ci się lansować gdzieś na salonach, szaleć. Każdej nocy, grając koncerty, musisz stanąć przed ludźmi, musisz dać im z siebie wszystko, co najlepsze, nie możesz ich zawieść, bo dzień wcześniej imprezowałeś. Zresztą czasy iście rock’n’rollowego trybu życia minęły, one idealnie pasowały do nastrojów lat sześćdziesiątych, a teraz świat wygląda już zgoła inaczej.

Myślę, że twój album, "Hozier", brzmi dość smutno jak na fakt, że nagrał go niespełna dwudziestopięciolatek. Podejrzewam, że mógłbym potrafić rozpoznać skąd się to bierze, mógłbym czuć te emocje, znać ich uzasadnienie, wiedzieć, że w kimś tak młodym mogą kumulować się problemy, których ujście odnajduje w takiej czy innej ekspresji. Bardzo chciałbym jednak wiedzieć, dlaczego w jednym z wywiadów powiedziałeś kiedyś: to album o odkrywaniu różnych aspektów życia, seksualności, a także o odkrywaniu trzech najważniejszych sytuacji życiowych - narodzin, seksu i posiadania dzieci, ale też śmierci, bo jej możemy być stuprocentowo pewni. Zastanawia mnie, co musisz czuć, gdy myślisz o muzyce - nie twojej, ale muzyce generalnie.

Duży wpływ na to, co sam tworzę, ma muzyka, której słucham i słuchałem, gdy byłem dużo młodszy. Myślę, że muzyka, która jest tworzona dla jakiejś grupy zbuntowanej młodzieży, to muzyka, której pewnego rodzaju obsesją jest temat śmierci. Myślę, że tworząc muzykę musisz mieć w głowie, by ta muzyka była czytelna, zrozumiała, przejrzysta za jakieś sto lat. Temat przemijania jest bardzo uniwersalny, ale to nie znaczy, że jest banalny. Być może moja płyta zawiera jakieś pokłady smutku, jakąś ciemną stronę, mroczne elementy, ale nie można zapominać, że traktuje też po prostu o życiu, a więc musi być trochę poważna, ale z drugiej strony dość radosna. Tworząc ten krążek przypuszczałem, że będzie brzmiał dość patriarchalnie. Uważam zresztą, że jedną z najważniejszych sztuk życia jest punkt, który nie pozwala ci zapominać o istnieniu śmierci na jego końcu. Dlatego płyta "Hozier" jest pełna refleksji.

O swoim największym hicie - "Take Me To Church" - powiedziałeś, że "kościół" w tytule [kościół - ang. church] oznacza "seks". Myślę, że to bardzo ważny utwór, z niezwykle istotnym w dzisiejszych nieuczciwych czasach tekstem.

Dla mnie to utwór będący zbiorem kilku luźnych myśli, może kolekcją takich ważnych dla mnie rozważań. "Take Me To Church" to taki wstęp do rozmowy o kościele katolickim w mojej ojczyźnie, w Irlandii, w której kościół narzuca ci myślenie o tym, jaka preferencja seksualna jest dobra, a jaka gorsza lub w ogóle zła, kościele, który mówi, w jaki sposób jeden człowiek może kochać, a w jaki nie może. W związku z wieloma aferami, które w ostatnich latach dotknęły kościół w Irlandii, uważam, że organizacje, których historia nieodłącznie może być kojarzona z pewnego rodzaju wstydem, nie powinna wmawiać ludziom, w jaki sposób celebrować miłość. Język, którego kościół w Irlandii używa wobec ludzi, powoduje również poczucie wstydu w samych ludziach, którym narzuca się jedyną słuszną opcję kochania.

Teledysk do "Take Me To Church" jest zresztą opowieścią o miłości dwóch gejów - upubliczniając go zająłeś, wraz ze wszystkimi twórcami tego klipu, jasne stanowisko w sprawie wolności seksualnej. Spotkałeś się z głosami braku satysfakcji w Irlandii, wypełnionej katolicyzmem po  brzegi.

Może część widzów jest zniesmaczona tym teledyskiem, ale - ku własnemu zdziwieniu - raczej nie spotykałem się z negatywnymi opiniami na ten temat. Myślę, że są ludzie nieszczęśliwi z powodu tego klipu, jednocześnie lubię żyć w przekonaniu, że to się zmienia, że za pięćdziesiąt lat dożyjemy społeczeństwa, które uzna różnorakość natury seksualnej za coś normalnego: ta generacja definitywnie nie jest na to jeszcze gotowa. Myślę jednak, że coraz więcej osób takich jak ja, czyli heteroseksualnych, jest w stanie rozumieć, że żyjemy pośród osób homoseksualnych, a co więcej - coraz więcej spośród nas potrafi stanąć w obronie tychże osób. I tak sądzę, że Irlandia, w której ja dorastałem, była już inna od tej Irlandii, w której dorastali moi rodzice.

Po tej kilkunastominutowej rozmowie z tobą, odnoszę wrażenie, że jesteś facetem, który faktycznie nagrał płytę, bo chciał coś powiedzieć, ale nie dlatego, żeby stanąć na największych scenach tego świata.

To, że moja płyta popchnęła mnie na wielkie sceny, oczywiście mnie zaskoczyło, co nie zmienia faktu, że jestem z tego powodu szczęśliwy - to naprawdę przyjemne uczucie. Musiałbym dłużej zastanowić się nad tym, co naprawdę myślę na ten temat, jak ci na to odpowiedzieć: pierwsze, co przychodzi mi jednak do głowy, to taka myśl, że cieszę się, że moja muzyka może łączyć ludzi. Jestem podekscytowany, to cholernie dzikie uczucie, za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, gdziekolwiek jestem - czuję się, jakbym robił to po raz pierwszy w życiu. I uwierz, mógłbym zaczynać przez całe życie, to tak niezwykle pasjonujące...

Grzegorz Betlej. W RMF FM od kwietnia 2010 roku, a od ponad trzech lat w Redakcji Muzycznej RMF FM. Programuje stacje, tworzy serwisy muzyczne, przeprowadza wywiady z gwiazdami. Prywatnie: filmoznawca z krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego.