Słynny profesor, gwiazda filozofii płynnej nowoczesności, jak przystało na reprezentanta tego nurtu, płynnie rozmywa swoją podłą przeszłość. Najchętniej pewnie wyprałby rdzawe i czerwone plamy na swoim życiorysie. Dlatego pozwolę sobie nazwać go „słynną praczką”, albo inaczej: „sprytną płaczką”.

Krokodyle łzy wylewają nad tą postacią przefarbowani na socjaldemokratów najwierniejsi PZPR-owcy w stylu prezydenckiego profesora Tomasza Nałęcza. Rwą włosy z głów "palikotowcy" tacy jak Andrzej Rozenek, który fotografował się na tle Lenina, "żartując", że sowiecki zbrodniarz wskazuje mu dobry azymut. Oburza się Sławomir Sierakowski z lewackiej Krytyki Politycznej, wydawca dzieła Włodzimierza Ilicza. Wszyscy ci piewcy czerwonej i różowej ideologii mają usta pełne frazesów o zagrożonej demokracji. Wszystko dlatego, że grupa młodych ludzi w dosadnych słowach nazwała rzecz po imieniu i wykrzyczała swój protest przeciwko wykładowi profesora Baumana we Wrocławiu, na zaproszenie jakże gościnnego i kulturalnego prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza.

Mogą się nie podobać wulgaryzmy, którymi potraktowano Baumana. Natomiast sama jego postać jest przykładem tak rażącego braku sprawiedliwości, że nie dziwię się emocjom w jego sprawie. Nie chcę przypominać znanych przecież kwestii. Życiorys tego człowieka został przed laty prześwietlony przez profesorów Bogdana Musiała i Piotra Gontarczyka. Kto chciał, ten przeczytał, że w latach 1945-53 Bauman był oficerem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego - zbrojnego ramienia partii komunistycznej utworzonego na wzór wojsk NKWD i służącego ujarzmieniu polskiego społeczeństwa; że był on w latach 1945-48 agentem zbrodniczej Informacji Wojskowej pseudonim "Semjon". Kto chciał, ten mógł przed laty przeczytać arogancką odpowiedź Baumana dla brytyjskiego "Guardiana" na ujawnione informacje. Żadnej skruchy, przeciwnie - atak i użalanie się nad sobą. Bauman opisał ujawnienie swej przeszłości jako element polowania na czarownice za rządów Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Twierdził, że poprzez niszczenie jego reputacji bracia Kaczyńscy pośrednio niszczą lewicę w Polsce. Według mnie to niesamowity tupet, że facet z taką przeszłością, który ukrywał ją przed światem, pozuje na pokrzywdzonego i uciśnionego przedstawiciela polskiej lewicy. Co za żenujące brednie! Sprowadzając rzecz do poziomu argumentacji tchórzliwego uczonego, mógłbym przypomnieć, że nie słyszałem, aby "reżim Kaczyńskich" prześladował autentycznych lewicowców w rodzaju Joanny i Andrzeja Gwiazdów czy Ryszarda Bugaja. Zawsze miło wrzeszczeć na Zachodzie: "Biją nas w Polsce! Biją Żydów, biją gejów, biją socjaldemokratów! Ci wredni polscy neofaszyści!"

Stawiam pytanie: jak to jest, że kolaboracja z hitlerowskim reżimem niemieckim budzi jednoznaczne reakcje, a funkcjonariusze zbrodniczego komunistycznego totalitaryzmu, którzy nigdy nie przyznali się, nie rozliczyli się, nie przeprosili za swoje wredne wybory, są fetowani na polskich uczelniach? Nie wolno nikomu zaprotestować przeciwko kalaniu przez nich akademickich wartości? Dlaczego przeszłość Zygmunta Baumana nie wywołuje debat na polskich uniwersytetach, dlaczego nie "dekonstruuje się" jego koncepcji socjologicznych z powodu jego życiorysu? Przypomnę dla równowagi casus innej gwiazdy postmodernistycznej nauki. Pamiętam ze starego numeru pisma "Literatura na Świecie" dyskusje wokół Paula de Mana. Zmarły w 1983 roku akademik był belgijskim literaturoznawcą, krytykiem literackim i filozofem. W 1947 roku wyemigrował do USA, gdzie zrobił doktorat na Uniwersytecie Harwardzkim. Od 1970 roku do śmierci wykładał na Uniwersytecie Yale.

Sensacja wybuchła po śmierci Paula de Mana, kiedy student Ortwin de Graef odkrył około dwustu artykułów napisanych przez słynnego uczonego w czasie II wojny światowej. De Graef badał młodzieńcze zaangażowanie de Mana i natrafił na okres współpracy z belgijską gazetą "Le Soir" kolaborującą wówczas z hitlerowskimi Niemcami. W jednym z artykułów zatytułowanym "Żydzi w literaturze współczesnej" de Man analizował sposób w jaki "wulgarny antysemityzm chętnie czerpie przyjemność z uznania kulturalnych zjawisk po pierwszej wojnie światowej za zdegenerowane i dekadenckie z powodu ich zażydzenia. "Tak późniejsza gwiazda filozoficznego dekonstruktywizmu pisała w artykule z 4 marca  1941 roku. De Man dzielił się swoimi refleksjami w gadzinowej gazecie, kiedy Żydzi umierali w gettach i obozach. Odkrycie takiej jego publicystycznej przeszłości wywołało ożywione dyskusje zwłaszcza w amerykańskim światku akademickim. Dlaczego nie o Baumanie u nas?

Dlaczego nie o nim? Czyżby istniał jakiś nowy Herrenvolk - Naród Panów? Czy specjalną osłoną ciągle będą otaczani funkcjonariusze zbrodniczych formacji komunistycznych, tylko dlatego, że "płynnie" przemienili się w "rewizjonistów"? Mogli "błądzić", bo zwalczali "podludzi" z "reakcyjnych band"? Są bez winy, bo każda próba ich rozliczenia jest zawsze przejawem faszyzmu i antysemityzmu?