Pieszczotliwym zdrobnieniem i spolszczeniem nazwy gmachu niemieckiego parlamentu - Reichstagu - nazywam najnowszą ogniową odsłonę afery podsłuchowej w sferach reżimowych III RP. Oczywiście można sobie wyobrazić inne groteskowe określenie skandalu z udziałem domniemanego prowokatorka - byłego szefunia resorciku sprawek wewnętrznych- Bartusia Sienkiewicza. Zdziecinniały styl obrany przeze mnie ma na celu ukazanie niesamowitego infantylizmu całej akcji facecika odpowiedzialnego w pewnym momencie za działanie służb specjalnych, jeśli nagranie ukazujące kulisy jego działań okazałoby się prawdą. Dla tych, którzy nie przeczytali artykułu dziennikarza śledczego Cezarego Gmyza w tygodniku "Do rzeczy" przedstawię krótkie streszczenie szokujących wątków.     

Elżbieta Bieńkowska - dziś europejska komisarz - w zeszłym roku, kiedy była jeszcze wicepremierem, rozmawiała sobie tête-à-tête z szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego, nie zdając sobie sprawy z tego, że jej luźne pogaduszki z Pawłem Wojtunikiem w słynnej restauracji "Sowa i Przyjaciele" nagrywają jacyś kolekcjonerzy największych polskich hitów. Wojtunik bez pardonu traktuje tam kolegę Bieńkowskiej z rządu Donalda Tuska: Widzisz, ale facet [ ówczesny szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz- przyp. B.Z.] nauczył ich, że on dzwoni i im rozkazuje. I tak samo, poszli, spalili budkę pod ambasadą, bo minister osobiście wymyślił taką... wiesz... z takiego... A rozmówczyni Wojtunika reaguje ze zrozumieniem: Taką koncepcję, tak, tak... Czyżby "koncepcja" była ... prowokacją?     

Aluzyjna jest wypowiedź szefa CBA na temat roli ministra koordynatora spec-służb w wywołaniu pożaru budki strażniczej przed gmachem rosyjskiej ambasady podczas Marszu Niepodległości 11 listopada 2013 roku. Sam negatywny bohater nagrania próbuje w swoim komentarzu  sprawę obrócić w żart i odpowiada, że brakuje mu jeszcze ryciny, jak to z hubką i krzesiwem krąży przed siedzibą federalnej dyplomacji w stolicy Polski. Byłoby to może śmieszne, gdyby incydent z płonącym obiektem nie posłużył wówczas rządzącemu reżimowi do przeróżnych działań propagandowych. Prezydent, który gorąco przepraszał Moskwę za zajścia, od razu je wykorzystał do ataku na PiS, utożsamiając opozycję ze zwykłymi ulicznymi zadymiarzami.                

Rusofobią straszył Bronisław Komorowski i grzmiał o odpowiedzialności tych polityków, którzy do tej pory, albo przynajmniej do niedawna, rozgrzeszali tego typu zachowania, zarówno w sferze politycznej, jak i niekoniecznie politycznej, mam na myśli różne formy chuligaństwa stadionowego. Wszystko to służyło jednemu podstawowemu celowi - zohydzeniu po raz kolejny partii Jarosława Kaczyńskiego nie tylko w oczach polskiej opinii publicznej, ale także wysłaniu czytelnego sygnału na Zachód: zobaczcie z jaką dziką masą ksenofobów musimy się w naszym kraju mierzyć! Toż to nacjonalistyczni podpalacze Polski i Europy! W odróżnieniu od nas - światłej, umiarkowanej, przewidywalnej Platformy Obywatelskiej oraz jaśnie oświeconego prezydenta.         

Lux ex Oriente - to światło ze Wschodu, zorza bijąca od Donalda Tuska oraz Bronisława Komorowskiego - jak można by wywnioskować z najnowszych rewelacji dziennikarza śledczego Cezarego Gmyza, pochodziła jednak nie z umysłowej aury wokół iluminowanych głów przywódców PO a biła od pożaru przed ruską ambasadą w Warszawie wywołanego celowo przez szefa MSW - Bystrzaka Bartłomieja, tak innowacyjnego w swoich fortelach jak, nie przymierzając Pomysłowy Dobromir ze słynnej PRL-owskiej kreskówki.  Po co czekać, aż przypadkowi polscy nacjonaliści zrobią kuku Rosjanom? Dlaczego mamy poddawać się biernie procesom dziejowym w ich naturalnej nieprzewidywalności, gdy można pożądane reakcje pokątnie zainicjować samemu?      

Hajda na ambasadę wrażych Moskwicinów! - to wbrew pozorom nie jest taki znów naturalny sygnał do ataku dla rusofobicznych Polaków, nawet dla tych najbardziej radykalnych z radykałów, którzy - zdaniem Bronisława Komorowskiego, kandydata na reelekcyjnego prezydenta - pustoszą samą swoją obecnością spokojny Kraj Przywiślański. Tłum patriotów idący w stołecznej demonstracji w fashystoffski Dzień Niepodległości musiałby być do czegoś mocno zapalony, na coś strasznie napalony, żeby z tego zapału powstał gwałtowny zapłon. Wystarczająca energia mas, na tyle kaloryczna, by pojawiła się iskra wywołująca pożar nawet małej ruskiej budki, to sprawa trudna, zadanie niełatwe. Lepiej więc przygotować odpowiednią temperaturę.           

A ja żyję na tym polskim ziem padole wystarczająco długo, aby pokojarzyć podobne fakty z przeszłości. Zresztą swego czasu uczynił to za mnie jeden z największych szkodników -zdaniem establiszmętów  w III RP czyli PRL 2.0 - założyciel Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża- Krzysztof Wyszkowski. Udowodnił on w tekście zatytułowanym "Długa lista antypolskich prowokacji" , że przeróżne spiski, podstępne knowania i zdradzieckie akcje wymierzone w nasz naród, a przede wszystkim w jego najbardziej patriotycznie nastawioną część, mają wieloletnią już tradycję. Najciekawszym wątkiem w tekście Wyszkowskiego jest paralela pomiędzy wywołanym przez NKWD antyżydowskim pogromem w Kielcach w 1946 roku a zdarzeniem z roku 1996!        

Relacja K. Wyszkowskiego jako świadka prowokacji w pięćdziesiątą rocznicę krwawej masakry Żydów nie pozostawia wątpliwości: W 1996 roku w Kielcach zaplanowano i częściowo zrealizowano prowokację, będącą, w sensie politycznym, powtórzeniem wydarzeń sprzed 50 lat. W moim przekonaniu zaplanowali ją ludzie tego samego obozu, który zaplanował i zrealizował mord w roku 1946. Ci ludzie, którzy za sowieckie pieniądze w roku 1989 budowali w Polsce socjaldemokrację i ci sami, którzy robili wszystko, żeby uniemożliwić wejście Polski do NATO. Warto przypomnieć, że  mord kielecki tuż po wojnie miał w zamierzeniu Sowietów odwrócić uwagę od masowych fałszerstw w tzw. referendum ludowym i zniesławić  Polaków w oczach ludzi na Zachodzie.

Bolszewizacja naszego kraju nie napotykałaby wówczas w planach sowieckich prowokatorów takiego oporu ze strony demokratycznych państw europejskich oraz Stanów Zjednoczonych. Według mnie jeszcze bardziej szokujące, choć nie tak zbrodnicze i tragiczne, jest zdarzenie, do którego doszło pół wieku później. Oto relacja Wyszkowskiego Przyjechałem do Kielc 7 lipca 1996 roku ok. godz. 6 rano i prosto z dworca udałem się w kierunku ulicy Planty. Na zupełnie pustych ulicach (była to niedziela) widać było tylko policję. Dlatego byłem bardzo zdziwiony, gdy na szczytowej ścianie budynku położonego przy Alei IX wieków Kielc, niedaleko od wejścia na ulicę Planty, zobaczyłem wielki napis: ‘Żydzi precz’. Dlaczego Wyszkowski od razu nabrał podejrzeń?

Ostentacja zastanawiała: Napis, wykonany czarną farbą na jasnym tynku, musiał być dostrzeżony przez wszystkie osoby dojeżdżające do miejsca uroczystości rocznicowych. Litery były chyba dwumetrowej wysokości, a ponieważ napis był umieszczony dość wysoko nad ziemią, było jasne, że wykonawcy musieli posługiwać się drabiną. Napis, wykonany bardzo starannie, wyraźnymi, prostymi, grubymi literami i bez żadnych zacieków czy zniekształceń, był rozmieszczony na całej szerokości ściany budynku. Malujący musieli więc drabinę kilkakrotnie przestawiać, co wymagało dużo czasu. Gdy wzięło się to wszystko pod uwagę, trudno było sobie wyobrazić, że żaden patrol zabezpieczającej teren policji nie zauważył osób wykonujących ten napis.- czytamy w tej relacji.    

Rozmowa, którą niedługo potem odbył Wyszkowski z dziwną grupą młodych ludzi, była kolejnym dowodem, że jakieś zakulisowe działania mają towarzyszyć oficjalnym obchodom. W momencie, gdy wszystkie delegacje weszły na cmentarz i rozpoczęły się modlitwy, na chodniku przed bramką wejściową pojawiła się grupa ok. 10 młodych ludzi w wieku mniej więcej od 15 do dwudziestu kilku lat. Kilku z tych chłopców miało na sobie podkoszulki z polskim godłem narodowym i dużym napisem Polska. Afiszowali się oni ze swoim antysemityzmem, a ich skrytym "opiekunem" okazał się miejscowy działacz neokomunistycznej lewicy, wrogo nastawiony do "Solidarności". Antyżydowskie incydenty w Kielcach filmowane przez telewizje miały jeden polityczny cel.    

Eli Wiesel - dziennikarz i pisarz, pomysłodawca terminu ‘Holocaust’ - obecny na rocznicy w Kielcach, tak się jakoś dziwnie złożyło, uwiarygodnił w oczach świata ówczesny neokomunistyczny rząd. Wyszkowski zanotował: Przykro zaskoczył mnie Wiesel, który gwałtownie zaatakował Kielczan, uznając ich winnymi pogromu. Jeszcze dziwniejsze było chwalenie Cimoszewicza i ujawnienie, że obiecał on Wieselowi usunięcie krzyża, zwanego papieskim, z terenu ‘żwirowni’ przy Muzeum Auschwitz. Obraz działań stawał się czytelny : nacjonalistyczna, wciąż głośna w Polsce, tłuszcza antysemicka musi mieć swych politycznych policjantów w postaci oświeconej lewicy pod wodzą Kwaśniewskich oraz Cimoszewiczów, aby nazistowska hydra nie podnosiła tu łba.    

Kolejne prowokacje mają nas - Polaków- sprowadzać do roli pariasów historii? Czuwają nad tym odpowiednie ‘światłe’ siły? Był czas, że tę rolę odgrywał Kwaśniewski, tajny współpracownik bezpieki o pseudonimie "Alek" i sowiecki agent o pseudonimie "Kat", kajający się w Jedwabnem za polskie winy, ale jeszcze robiący zastrzeżenie: Nie wolno mówić o odpowiedzialności zbiorowej obciążającej winą, czy to cały naród czy mieszkańców jakiejś miejscowości. Jego spadkobierca i polityczny sojusznik - Komorowski - poszedł już dalej:  Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą. Gdy Andrzej Duda zapytał go o to skandaliczne sformułowanie ten odpowiedział płomienną tyradą. Strażnik siedzi w cudzej budzie, która czasem płonie!