Prezydent USA Donald Trump /PETE MAROVICH /PAP/EPA

1. Kto z was się boi globalnego amerykańskiego nacjonalizmu?

"Nacjonalizm to zły wybór w polityce zagranicznej" - taką tezę w tytule swojego artykułu na internetowej stronie foreignaffairs.com stawia Ronald R. Krebs, profesor na  Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu w Minnesocie. Podtytuł tego tekstu brzmi: "Co Trump czyni źle?". No, jakże by inaczej? Obecny przywódca USA jest non stop atakowany przez liberalny - polityczny, medialny oraz naukowy- mainstream. To jedna wielka werbalna i ikoniczna masakra. Trump ma taką prasę w Stanach Zjednoczonych jak ś.p. Lech Kaczyński za swojej prezydentury. "Przemysł pogardy" jest wprost nieprawdopodobny. Tak samo jak polski prezydent przed tragedią w Smoleńsku, rezydent Białego Domu jest ścigany przez służby specjalne, potępiany za każdy polityczny ruch, wyśmiewany za najdrobniejszą pomyłkę w działaniu, wykpiwany za najniewinniejszy słowny lapsus, nocny tweet, aż w końcu został symbolicznie zdekapitowany.  Liberalna prezenterka i komik Kathy Griffin zaprezentowała się w roli kata i zapozowała do fotografii, trzymając za włosy imitację odciętej, zakrwawionej głowy Trumpa. Przerażające zdjęcie wywołało asocjacje z obrazami ścięć niewiernych dokonywanych mieczem przez islamistów. Mnie się ta makabryczna scenka skojarzyła z terrorem Rewolucji Francuskiej. Czy to nie jest symboliczne nawiązanie do czerwonej osiemnastowiecznej oświeceniowej grozy? Czy dzisiejsze "światłe", "postępowe", "postmodernistyczne" elity są spadkobiercami morderczych Robespierrów? Czy taki mem ma za zadanie oswajać z prawdziwym mordem na Trumpie? Czy prezydent USA zginie?

My tu w Polsce dobrze wiemy, jak blisko jest od nienawistnych "virali" do prawdziwej, gwałtownej zagadkowej śmierci znienawidzonego przez mainstream przywódcy. Czarny pijar medialny przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, jego żonie oraz politykom Prawa i Sprawiedliwości szybko zmaterializował się w postaci niewyjaśnionej do dziś smoleńskiej hekatomby. Do dziś pocięte, zmasakrowane ciała śnią się pewnie po nocach politykom Platformy, choćby nie wiem jak wyrzucali z pamięci swoje wredne wypowiedzi.  Czy Ewa Kopacz - nasza Lady Makbet- myje nocami swoje dłonie z symbolicznych plam krwi po swej niesławnej smoleńskiej misji w Moskwie i po powrocie z Rosji? Czy Radosław Sikorski widzi widma naprawdę "dorżniętej pisowskiej watahy"? Hejt przeciw Prawu i Sprawiedliwości doprowadził Ryszarda Cybę, działacza Platformy Obywatelskiej,  do mordu na łódzkim działaczu PiS-u Marku Rosiaku. Tak, słowa mają swoje konsekwencje, a zwłaszcza te nasycone śmiertelną trucizną.    

Czyżby ten sam czarno-magiczny schemat miał się - nie daj Boże - ziścić w Stanach Zjednoczonych? Czy odcięta głowa lalki voodoo jak w jakimś politycznym rytuale może zmienić się w tę prawdziwą? Czy Kathy Griffin jak w satanistycznej mszy złożyła ofiarę Złemu, wotywny dar ze sztucznego czerepu Trumpa? Czy prezydent podzieli los innych głów amerykańskiego imperium? Tylu tamtejszych przywódców zginęło przecież w zamachach! Wciąż niewyjaśnione są zbrodnie wielu tajemniczych tamtejszych asasynów.         

Swoją drogą zobaczyłem w sieci satyryczny anglojęzyczny obrazek-rebus. Słowo "assassin", czyli "zamachowiec", zostało podzielone "ass" "ass" "in". "Ass" po angielsku jest bowiem dwuznaczne, znaczy zarówno "osioł" jak i "tyłek". Na obrazku osioł miał laski trotylu w wiadomym miejscu. Ten niewybredny żart wywołał u mnie skojarzenie z propagandą liberałów. Osioł to bowiem symbol partii demokratów. Te wszystkie symboliczne zamachy mainstreamu na prezydenta Trumpa to według mnie właśnie takie samobójcze próby politycznych osłów, autodestrukcyjne, bo wymierzone w podstawy kraju. Interesy własnego państwa i narodu to zawsze winna być sprawa fundamentalna, ale jak się okazuje, nie dla wszystkich. Zdaniem profesora Krebsa, powtórzę, nacjonalizm w polityce zagranicznej to samo zło. Amerykański komentator ostrzem swojej totalnej krytyki Trumpa symbolicznie odcina głowę państwa jak chorą narośl od zdrowego obamowskiego korpusu dyplomatycznego. Nowa dyplomacja jest zła!          

"Spójność nigdy nie była mocną stroną prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa." - ocenia amerykański akademik. Narzeka, że właściwie każdy tydzień przynosi kolejny zwrot w polityce zagranicznej. Jednak w tym kołowrocie jest jeden stały moment. Autor raportu w foreignaffairs.com parafrazuje słowa komedianta Rodneya Dangerfielda i parodiuje ton prezydenta: "Nikt na świecie nie szanuje Ameryki." W swojej polemice z tą diagnozą Krebs podkreśla: z pewnością Trump nie został wybrany właśnie dlatego, że Amerykanie martwili się słabą pozycją swojego kraju za granicą. Jednak wielu obywateli podzielało jego pogląd, że cudzoziemcy kiedyś szanowali Stany Zjednoczone, a teraz  już nie. Ta wiara w USA opiera się jednak, zdaniem komentatora, na romantycznej, mitycznej wizji przeszłości, w której narody na całym świecie słuchały Ameryki i potakiwały za każdym razem, gdy ta zabierała głos. To obraz świata, który był niegdyś amerykańską "piaskownicą", gdzie Ameryka mogła stawiać swoje "babki", jak chciała i kiedy tego zapragnęła. To marzenie o przywróceniu USA prawdziwej wielkości, która ponownie zasługiwałaby na szacunek. Ta nostalgia jest nie tylko zła, ona jest także głęboko niebezpieczna - uważa profesor Krebs, typowy reprezentant globalistycznej elity.

Trump nie jest jedynym mistrzem tego nostalgicznego nacjonalizmu, ale jest najbardziej znanym i wyraził tę wizję z niezwykłą spójnością podczas kampanii i prezydentury. - twierdzi publicysta. Krebs przypomina, że zgodnie narracją prezydenta, w ostatnich latach Stany Zjednoczone były notorycznie  "upokarzane", ponieważ rywale nie szanowali Stanów Zjednoczonych. Iran: "wykazał się całkowitym brakiem szacunku dla naszego kraju". Rosja: "Putin drze łacha z naszych przywódców i daje im wycisk". Chiny: "pozwalając im korzystać z naszej ekonomii, kompletnie straciliśmy ich respekt ". Jednak, jak twierdzi Trump i myślący podobnie jak on, największym problemem jest to, że zagraniczni liderzy nie mają żadnego powodu, żeby szanować amerykańskich przywódców. Zamiast "dumnie bronić Ameryki na każdym kroku", USA bez przerwy przepraszają i kłaniają się obcym mocarstwom. Amerykańskie władze wynegocjowały słabe umowy handlowe, zamiast "walczyć w interesie naszych rodzin". Żołnierze prowadzili "politycznie poprawne wojny", tak by ich nie wygrać.

Jako dowód tego braku szacunku prezydent Stanów Zjednoczonych wymienia całą litanię przykładów: od poważnych problemów (zła umowa jądrowej z Iranem, równie złe umowy handlowe, rosyjski "upór", "ekonomiczny atak na amerykańskie miejsca pracy i bogactwo", chińska cyberprzestępczość, rozwój broni jądrowej w Korei Północnej, Państwo islamskie) poprzez sprawy irytujące (agresywne irańskie patrole w Zatoce Perskiej) do drobnych (brak zainteresowania Igrzyskami Olimpijskimi). Trump zarzuca słabość jego poprzednikom.  "Musimy uczynić Amerykę godną szacunku. Musimy ponownie uczynić Amerykę wielką "- wołał Trump podczas prezydenckiej kampanii w kwietniu 2016 roku w Narodowym Klubie Prasowym. "Jeśli to uczynimy, to być może obecne stulecie będzie najbardziej pokojowe, a nasz świat zamożnym bardziej niż kiedykolwiek". Dla Donalda Trumpa kultywowanie szacunku jest przede wszystkim związane z władzą i siłą. Szacunek, jego zdaniem, jest synonimem strachu - z wyczuwalną  pretensją podsumowuje ton Trumpa profesor Ronald R. Krebs.   

Nacjonalizm i nostalgia często idą w parze - twierdzi autor artykułu foreignaffairs.com. Nacjonalista nie jest zainteresowany historią samą w sobie. Wyznawca nacjonalizmu tworzy sobie przeszłość, aby zaspokoić potrzeby teraźniejszości i konkretnej wersji przyszłości. Wypowiedzi Trumpa o historii są prawdziwe w tej nacjonalistycznej formule. Jednak wbrew tej nacjonalistycznej nostalgii - zdaniem Krebsa- w ciągu ostatnich 60 lat Stany Zjednoczone spotykały się z oporem, i to zarówno ze strony sojuszników, jak i przeciwników, a podkreślanie potęgi USA często przynosiło skutek wręcz odwrotny. Rozważmy szczytowy czas globalnej władzy Stanów Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych - proponuje profesor. Stany Zjednoczone rozpoczęły tamtą dekadę niesłychanym, głęboko niepopularnym i szokująco destrukcyjnym konfliktem zbrojnym w Korei. Takich słów używa Krebs, a mnie przypomina to, mówię to z niewielką przesadą- komunistyczną propagandę potępiającą amerykański imperializm. Przypomniał mi się od razu niesławny wiersz "Z Korei" pióra naszej Noblistki Wisławy Szymborskiej:   

Wykłuto chłopcu oczy. Wykłuto oczy.

Bo te oczy były gniewne i skośne.

- Niech mu będzie we dnie jak w nocy -

sam pułkownik śmiał się najgłośniej,

sam oprawcy dolara w garść włożył,

potem włosy odgarnął od czoła,

żeby widzieć, jak chłopiec odchodził

rozglądając się rękami dokoła


W maju w czterdziestym piątym

nazbyt wcześnie pożegnałam nienawiść

umieszczając ją pośród pamiątek

czasu grozy, gwałtu, niesławy.

Dzisiaj znowu się do niej sposobię.

Jest i będzie mi jej żar potrzebny.

A zawdzięczam ją również i tobie -

pułkowniku, wesołku haniebny. 


Ten wiersz to nie "półkownik", nie odkładają socrealizmu na półkę komunizujący najwyraźniej, liberalni, sympatyzujący z Demokratami, publicyści w Stanach Zjednoczonych. "Pacyfistyczna", nasycona "pedagogiką wstydu" analiza historyczna profesora Krebsa, wywołuje we mnie co i raz reakcje buntu. To są najczęściej protesty emocjonalne. Jednak nie chcę tych moich kontrakcji sprowadzić do irracjonalnych odruchów warunkowych, atawizmów po czasach PRL-u, które ukształtowały mój głęboko antykomunistyczny światopogląd, konserwatywny system wartości oraz patriotyzm jako ważny wyznacznik sensu osobistego życia. Ten sam patriotyzm, który rozumiem  właśnie tak po Trumpowsku jako: dbałość o interes ojczyzny, zabieganie o autentyczny szacunek u innych narodów, dążenie do potęgi państwa po to, by służyło ono pokojowi i bogactwu na świecie, oraz -last but not least - troska o interesy rodzin w kraju. Te rudymentarne wyznaczniki, coś co mnie wydaje się oczywiste, są potępianym nacjonalizmem dla amerykańskich globalistów, według mnie będących nowym wcieleniem komunizujących internacjonałów, uniwersalistów w sensie jakim nadał temu terminowi francuski maoista, filozof Alain Badiou, bredzący o spuściźnie Pawła, świętego Pawła.                                  

Profesor Krebs twierdzi, że demonstracja imperialnej siły przez USA zamiast pielęgnować szacunek dla amerykańskiej władzy i mądrości, wywoływała przez cały XX wiek zaniepokojenie u sojuszników  skłonnością Waszyngtonu do militaryzmu. Trump bardzo ceni postawę ówczesnego Sekretarza Stanu Johna Fostera Dullesa, zdeklarowanego antykomunisty. Krebs uznaje to za zachwyty nad brutalnością i marnotrawstwem. Jego zdaniem groźba Dullesa "zdecydowanych akcji odwetowych" tylko głęboko zaniepokoiła amerykańskich sojuszników, którzy obawiali się wojennej eskalacji, a nawet możliwego porzucenia ich przez patrona zza Wielkiej Wody. Krebs pisze, że jeśli twarda postawa faktycznie  przynosiłaby szacunek, to Stany Zjednoczone powinny być najbardziej szanowane w latach sześćdziesiątych, kiedy skonfrontowały się z sowieckim niedźwiedziem na Kubie (co wywołało narastający kryzys rakietowy) i wysłały ponad 2,5 miliona żołnierzy do Południowego Wietnamu, aby zapobiec inwazji komunistycznej. Ale niewiele osób - zdaniem profesora - upierałoby się, że dekada ta faktycznie oznaczała nadir szacunku dla Stanów Zjednoczonych. 

Zauważę jednak na marginesie, że ten zenit amerykańskiej misji z pewnością zostałby osiągnięty, gdyby nie sabotażowe postawy Amerykanów podobnie myślących w owym czasie jak obecnie Ronald R. Krebs. Tsunami pacyfizmu, po sztucznie wywołanych społecznych wstrząsach, których epicentrum znajdowało się zapewne w Moskwie, zalewało Amerykę powodziami hipisowskich demonstracji oraz falami zamieszek. Symboliczną postacią, która starała się położyć wówczas tamę temu żywiołowi, był Ronald Reagan,  gubernator Kalifornii (1966-1974), a następnie prezydent USA (1981-1989).  Nic dziwnego, że sprzeciwił się czynne lewackiej kontrkulturze. Jako aktor Reagan był jednym z wiodących przedstawicieli ruchu ujawniającego siatkę komunistycznych wpływów w Hollywood. A jako konserwatywny gubernator "skomuszałej" do bólu Kalifornii w maju 1969 wysłał Gwardię Narodową przeciwko protestującym "pacyfistom" w Berkeley. Krebs jednak inaczej postrzega Reagana. Podkreśla, że pod koniec zimnej wojny, to ostatecznie jego "elastyczność", a nie jego niezgrabny "upór", pozwolił mu uznać Michaiła Gorbaczowa za lidera sowieckiego nowego typu. Reagan, według profesora, uczynił to wbrew temu, co szeptali mu do ucha jego doradcy. 

Jako kolejny dowód na swoją tezę, że twarda postawa nie przynosi Ameryce powodzenia, Krebs przywołuje prezydenturę George’a W. Busha. Po wojnie z terroryzmem i po inwazji w Iraku - stanowiących z pewnością zenit amerykańskiej determinacji- nie przybyło globalnego szacunku dla Stanów Zjednoczonych, nie zagościł na świecie pożądany globalny porządek, nie ustał opór przeciw polityce USA. Dokładnie odwrotnie - twierdzi Krebs -  cytując badania Pew Research Center. Spadła ocena atrakcyjności USA, wzrosły napięcia w stosunkach z innymi mocarstwami, sojusznikami i rywalami. W wyniku agresywnej polityki, pozycja Ameryki na świecie była niewątpliwie gorsza, gdy prezydent G. W. Bush opuszczał urząd niż kiedy go obejmował. Zdaniem Krebsa zanim Obama i Clinton przybili swą pieczęć na amerykańskiej polityce zagranicznej Stany Zjednoczone nie były w stanie narzucić światu swej woli.

Zdaniem Krebsa nacjonaliści mitologizują regularne pokazy sił wojskowych Stanów Zjednoczonych. W rzeczywistości nie doprowadzają one ani przeciwników do poddania się, ani sojuszników do uległości. Według nacjonalistów "Ameryka może być znowu wielka wtedy, gdy inni uznają jej wyższość".  Tymczasem to amerykańska skłonność do interwencji, niezależnie od tego, czy jest ona wynikiem głęboko zakorzenionego przekonania o amerykańskiej wyjątkowości, czy też spowodowana zwykłym nacjonalizmem Trumpa, wzbudza tylko opór, który jest tak upokarzający dla obecnego prezydenta. Można pocieszyć się faktem, podkreśla publicysta, że pomimo swojego zadziornego, a czasami rewolucyjnego tonu, w praktyce polityka administracji Trumpa w dużej mierze w ograniczonym zakresie używa sił zbrojnych. W większości najważniejszych kwestii Trump - zdaniem profesora-  kontynuuje centrystyczne podejście administracji Obamy. Można by zapytać, na czym polegała ta rzekomo kompromisowa, wypośrodkowana polityka Demokratycznego prezydenta, który po otrzymaniu pokojowego Nobla właściwie za nic, rozpoczął i kontynuował całą serię wojen na całym świecie? Wystarczy przywołać artykuł z przychylnej przecież Obamie gazety "New York Times". Autor  Mark Landler zwrócił uwagę, że pokojowy noblowski laureat "prowadził wojny dłużej niż Bush czy jakikolwiek inny amerykański prezydent". Obama nadzorował śmiercionośne działania zbrojne w siedmiu krajach: Iraku, Afganistanie, Syrii, Libii, Pakistanie, Somalii i Jemenie. Dodajmy do tego  Afrykę i interwencje przeciwko Boko Haram, które wymagały amerykańskiej obecności militarnej w Nigerii, Kamerunie, Nigrze i Czadzie. Ślepota liberalnych komentatorów to jest chyba ich cecha wrodzona.

Profesor Krebs woli jednak zamartwiać się "przychylnością Trumpa dla nacjonalistycznej narracji". Budzi ona jego obawę z dwóch powodów. Po pierwsze duża rozbieżność między realną polityką a narracją nie jest zwykle trwała. (Tu znów można przywołać Obamę, pacyfistę tylko "w gębie".) Publicysta przewiduje, że Trump będzie się starał zasypać tę przepaść między słowami a czynami. Jak? Kiedy? Będzie szukał zamknięcia tej szczeliny podczas kryzysu, nawiasem mówiąc wygenerowanego przez samego prezydenta. To bardzo ciekawa dygresja, bo zastanawiam się, co Krebs przez to rozumie? Co sugeruje? Że amerykańskie administracje same wywołują zagrożenia, z którymi później dzielnie walczą? Nie będę tu rozwijał tego wątku. Niech moi czytelnicy sami zinterpretują to zagadkowe dla mnie zdanie: “Trump will look for opportunities to close the gap, perhaps notably during times of (presidentially manufactured) crisis." W takiej sytuacji  prezydenccy doradcy, o poglądach bliższych politycznemu establishmentowi, mogliby okazać się mniej wpływowy. A druga kwestia, której obawia się Krebs? Nawet jeśli polityka nowej administracji będzie kontynuowała kurs poprzedników i pozostanie  w dużej mierze w sprzeczności z ostrą retoryką prezydenta, to dyplomacja polega głównie na rozmowach. Albo więc amerykańscy dyplomaci będą pracować po godzinach przez następne cztery lata, aby "wygładzać nastroszone prezydenckie piórka",  albo zagraniczni przywódcy po prostu nauczą się ignorować Donalda Trumpa. A to, jak podkreśla Krebs, nie jest dobra wiadomość ani dla polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, ani dla globalnej stabilności. 

Nieuniknione jest, konstatuje profesor, że świat będzie oporny wobec  amerykańskich pragnień. To nieuchronne, że inne narody poczują pogardę dla USA i wiodących amerykańskich urzędników. Jeśli Trump chce, aby inni szanowali jego kraj, musi zacząć od przyjęcia zupełnie innej narracji -przekonuje liberalny publicysta. Musi uznać, że świat nie jest po to, żeby Ameryka go kształtowała i nim rządziła. Powinien przyjąć, że ma do czynienia z innymi, równymi partnerami w porządku światowym, który przynosi obopólne korzyści. Odmawianie innym krajom tego, co one uznają za ich słuszne prawa, wywołuje tylko gniew i skłania do agresji. Bardziej prawdopodobne jest, że to okazywanie innym szacunku, już od samego początku, doprowadzi do wzajemności, zaufania i kompromisu. W ten sposób Ameryka może zyskać pożądany efekt- respekt. Umówmy się, że umowy należy omawiać, a nie wmawiać ich innym. Tak się właśnie robi dobry deal.

Moim zdaniem te biznesowe rady są funta kłaków nie warte w naszej dzisiejszej globalnej sytuacji- totalnego rozbisurmanienia. Uważam, że Donald Trump ze swoją nacjonalistyczną retoryką jest najbardziej odpowiednim kandydatem na męża stanu światowego formatu. To, czym ja się martwię brzmi pozornie podobnie, jak obawy amerykańskiego profesora. Też się boję rosnącego rozziewu pomiędzy ostrym jak brzytwa językiem prezydenta USA, a łagodzeniem tego tonu przez doradców z "głównego liberalnego nurtu" i pragmatycznych realizatorów amerykańskiej polityki zagranicznej.         

Więcej praktycznego amerykańskiego nacjonalizmu to dla krajów takich nasz "więcej Polski w Polsce", wbrew chorym ambicjom Berlina stworzenia niemieckiej Europy czyli unijnej rzeszy, na przekór rosyjskim imperialnym mrzonkom o Moskwie jako III Rzymie, oraz wciąż majaczącym na horyzoncie Orientu herezjom Eurazji. Ameryko Donalda Trumpa! Pamiętaj tradycyjną zasadę każdego dobrego nacjonalisty: jedna ręka wyciągnięta do możliwej zgody, w drugiej ręce za plecami dla pewności wielka, gruba laga.

1. Jałowa Ziemia, martwy glob, niewczesne rozważania.      

Internetowe logo kampanii prezydenckiej kampanii Donalda Trumpa i Mike’a Pence’a wywołało falę krytyki i żartów. Zwracano uwagę na snobistyczny charakter "niebieskiego monogramu z czterema czerwonymi pasami sugerującymi  amerykańską flagę". Analizowano znak kampanii Trumpa pod kątem estetycznego podobieństwa do logo modnej marki Tommy Hilfiger. Komentowano, że ta etykieta jest "WASPy", czyli "WASP-owata" i  ma na celu wywołanie skojarzenia z uprzywilejowaną kastą bogatych ludzi ze  wschodniego wybrzeża USA, przechadzających się leniwie i dumnie w pastelowych koszulkach polo.

Co to takiego WASP? Kim jest? A kim był? I kim być może będzie za kadencji prezydenta Donalda Trumpa? Według encyklopedycznej definicji "W.A.S.P." to skrót od  czterech angielskich słów "White Anglo-Saxon Protestant" czyli po polsku "biały Anglosas wyznania protestanckiego". To sam rdzeń narodu amerykańskiego, spora grupa narodowościowo-religijna, osiedlająca się od XVII stulecia na wschodnim wybrzeżu Ameryki. Ta pierwotnie najliczniejsza kasta w USA pięć lat temu straciła swój prymat. Raport waszyngtońskiego think-tanku Pew Forum on Religion and Public Life ogłosił w 2012 roku, że WASP-y pierwszy raz w historii nie stanowią już większości społeczeństwa amerykańskiego. Jest ich 48 procent. Donald Trump przez wielu komentatorów był traktowany jako ich reprezentant. Dlaczego? Po pierwsze z powodu pochodzenia. Jego przodkowie wywodzą się z  Europy: z Niemiec, Szkocji i Szwecji. Nazwisko jego praszczurów brzmiało Drumpf. Jego dziadek w 1885 roku wyruszył do Ameryki z niemieckiej wsi Kallstadt. Rozpowszechniane wieści o jego polskim pochodzeniu to "fejk". Drugi powód mówienia, że Trump jest "WASP-owaty" oprócz drzewa genealogicznego, to jego hasła w kampanii: antyimigranckie, skierowane przeciwko nielegalnym przybyszom, na przykład z Meksyku.

Ten anglo-saksoński charakter Trumpa, traktowany tak powierzchownie, już wywołał reakcje o jego rasizmie, ksenofobii i nacjonalizmie. Oliwy do liberalnego ognia dodało jeszcze poparcie go przez twardy trzon amerykańskiej prawicy, w odróżnieniu od tradycyjnych konserwatystów i Republikanów nazwany alt-right. Skoro przywołałem już tekst krytykujący nacjonalistyczny rys polityki zagranicznej prezydenta opublikowany na stronie foreignaffairs.com, to w polemice z tym esejem w kolejnym odcinku mojego cyklu gonzo-gnozo, czyli żarliwego kolażowego reportażu z rzeczywistych bieżących wydarzeń, postaram się podać własną, w pełni apologetyczną, definicję Trumpowskiego nacjonalizmu.

Stawiam tezę, że jest to ideologia globalnego Imperium amerykańskiego wskrzeszająca paradygmat WASP-owskiej dominacji. Chciałbym pogłębić ten temat, aby nie ograniczać się wyłącznie do tych, intrygujących wprawdzie, ale dość pobieżnych, semiotycznych analiz kampanijnego znaku graficznego. W tym celu sięgam po książkę zatytułowaną " The WASP Question". Tę "kwestię WASP-owską" zbadał uczony Andrew Fraser. Jego naukowy tom podejmuje problematykę  życia białych anglosaskich protestantów w Stanach Zjednoczonych, Australii oraz wszędzie tam, gdzie ta grupa się osiedliła. Jak dowodzi naukowiec, obecnie ta społeczność po części straciła poczucie własnej tożsamości etnicznej, z powodu rosnącego globalizmu i międzynarodowej wielokulturowości. W recenzji tej pracy czytamy, że nastały czasy, w których elity doceniają wartości niemal każdej kultury, z wyjątkiem kultury przez całe wieki dominującego narodu. 

Termin "WASP" ma dziś znaczenie raczej pejoratywne. Biali anglosascy protestanci są w USA wyszydzani, atakowani i ignorowani. Profesor Fraser odpowiada na liczne pytania związane z tą sprawą z wielką erudycją i proponuje możliwe rozwiązania tego problemu w przyszłości. Książka zajmuje się historią, także historią prawa, biologią ewolucyjną oraz chrześcijańską teologią. Książka Frasera - jak zachęca wydawca, oficyna Arktos - może być interesująca dla wszystkich zafascynowanych losem nie tylko anglosaskich, ale także innych tożsamości kulturowych i rasowych w postmodernistycznym, multikulturalnym społeczeństwie naszych czasów. Andrew Fraser studiował prawo i historię w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Po przeprowadzce do Australii uczył historii prawa i prawa konstytucyjnego na uniwersytecie Macquarie w Sydney. W analizie amerykańskiego "nacjonalizmu" Donalda Trumpa sięgam po Fraserowską siatkę pojęciową, by per analogiam, wykreować własny model WASP-owskiego imperium amerykańskiego.  

To, co przez krytyków Trumpa, określane jest jako ‘buta’, ‘nacjonalizm’, ‘szowinizm’, ‘religianctwo’, po odarciu tych epitetów z pejoratywnej aury, pozwoli mi na stworzenie idealnego wzorca władcy świata, opartego na WASP-owskiej tradycji. Niech to będzie taki mój przykład literatury parenetycznej (od słowa "pareneza" czyli pouczenie). Są to utwóry "kształtujące i propagujące wzory postępowania związane z odgrywaniem określonych ról społecznych". Jedną z takich książek jest nasz renesansowy traktat "Dworzanin" Łukasza Górnickiego. Ja, parafrazując tom "The WASP Question", pragnę stworzyć wzorzec idealnego globalnego władcy na dzisiejsze czasy. Fraser pisze, że jako pośrednik między swoim  ludem a bogami Anglo-Saksoński wojownik-król łączył w sobie funkcje religijne i polityczne. Stanowiły dla niego jedność. W poprzednich odcinkach mojego cyklu gonzo-gnozo, żarliwego kolażowego reportażu z rzeczywistych bieżących wydarzeń, dowodziłem, że pierwsza dyplomatyczna podróż Donalda Trumpa miała agendę religijną, rozpiętą w sakralnym globalnym trójkącie. Pierwszym jego wierzchołkiem było święte ziemskie miejsce dla wyznawców Mahometa czyli Arabia Saudyjska, na której obszarze leży Mekka i Medyna. Drugim wierzchołkiem dyplomatycznej globalnej triangulacji była Jerozolima, centralny ośrodek kultu zarówno dla chrześcijan, żydów jak i mahometan. Trzecim rogiem trójkąta religijno-politycznego był Rzym, z Watykanem - stolicą papiestwa- kluczowym miastem dla każdego katolika.  

Anglosaski władca - jak pisze Andrew Fraser- był zrodzony z boga, i dlatego był  heilerfüllt (czyli dosłownie "napełniony świętością ") i w ten sposób reprezentował charyzmatyczne ucieleśnienie "szczęścia ludu". To właśnie w sferze działań - podkreśla Fraser - król wiązał boskość z losem swego plemienia. Brak oddzielnej kasty kościelnej wśród pogańskich  Anglosasów oznaczał, że to król świętował bitewne zwycięstwa i i poświęcał obfite plony. Łącząc w sobie władzę kapłańską i polityczną, dźwigał na sobie ciężar zapewnienia korzystnego związku swego plemienia z boskością. W rezultacie Bóg jest przede wszystkim bogiem króla  i tylko na marginesie bogiem ludu. "Szczęśliwy los" plemienia był zapośredniczony we władcy. Dopóki król miał szczęście i dzierżył charyzmatyczną władzę, dopóty plemię cieszyło się błogosławieństwem bóstwa. Kiedy władca tracił "powodzenie", zostawał pozbawiony mocy zapewnienia poddanym "boskiej łaski", jego lud miał pełne prawo, a nawet obowiązek, zastąpić go kimś innym, kto może skuteczniej sprawować rządy. Znalazło to szczególnie bezwzględny wyraz w praktyce rytualnego zabójstwa króla. Bywało, że monarcha sam się ofiarowywał dla dobra swego ludu, kiedy się orientował, że stracił "boskie szczęście". W obliczu groźby klęski w bitwie legendarni germańscy władcy składali siebie w ofierze za zwycięstwo. Ofiara rytualna, ceremonialne zabójstwo, miało na celu przywrócenie charyzmatycznej władzy królewskiej.

Moje analogie, które wywodzę z antropologicznych analiz Andrew Frasera, mogą się wydać niektórym czytelnikom całkiem chybione, innym przesadzone, jeszcze innym kuriozalne, a nawet śmieszne. Warto jednak zastanowić się pod tym kątem nad niezwykle brutalnymi atakami na dzisiejszych prezydentów, którzy swoją rolę postrzegają "anachronicznie", w opozycji do świeckiego, liberalnego konsensusu. Symboliczne uśmiercanie Lecha Kaczyńskiego przez mainstreamowe media i polityków głównego neokomunistycznego pookrągłowego nurtu trwało przez długie miesiące, aż w końcu nastąpiła ostateczna, prawdziwa, rytualna ofiara. Co ciekawe wybitny przedstawiciel rosyjskiej metapolityki - Aleksander Dugin - interpretował śmierć Kaczyńskiego jako swego rodzaju chtoniczną zemstę, akt odwetu ze strony rosyjskiej ziemi, rewanż eurazjatyckiej strefy, której integralność próbował naruszyć reprezentant transatlantyckiej, wrogiej cywilizacji. W moim reportażu gonzo-gnozo traktuję takie analizy z uwagą, przyjmując za własny taki właśnie nieortodoksyjny, metapolityczny warsztat hermeneutyczny, odmienny od postmodernistycznego racjonalizmu, z jego ironicznym stosunkiem do archaicznej z ducha metafizyki. Obrazy medialne, memy, virale to są dla mnie współczesne egzemplifikacje pierwotnych wierzeń i rytuałów, które wciąż płyną ukrytymi nurtami pod powierzchnią codziennych pop-politycznych, post-politycznych przekazów, emitowanych przez środki masowego przekazu, czy raczej platformy globalistycznej mitografii. 

Satyryczny z pozoru akt komediantki i prezenterki Kathy Griffin, która pozowała do makabrycznej fotografii z odciętą głową figury Trumpa, nabiera w tym kontekście nowego znaczenia rytualnego królobójstwa, na razie jako gestu magicznego, ale niewykluczone, że będzie to samospełniająca się przepowiednia. Nawet jeśli Donald Trump nie zostanie ceremonialnie uśmiercony w jakimś kolejnym zamachu w stylu JFK, do którego dziwnym trafem wciąż jest porównywany, to w obecnej symbolicznej, post-politycznej oraz mediokratcznej  rzeczywistości, może zostać zabity w sposób "zinstytucjonalizowany" przy pomocy prorokowanego mu notorycznie impeachmentu. Podzieli w ten sposób los innego outsidera - Richarda Nixona. Ja mam jednak nadzieję, że te dwa modele mortualnych rytuałów -Kennedy’ego oraz Nixona- nie staną się udziałem obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Postrzegam w nim bowiem ogromny potencjał władzy, coś czego do tej pory nie było udziałem żadnego świeckiego przywódcy. Może to dlatego papież Franciszek "smutną miał twarz", bowiem ujrzał tę globalną moc?

Według Andrew Frasera, którego analizy w wielu miejscach kojarzyły mi się z klasyczną książką Jamesa Frazera "Złota gałąź", połączenie religijnego i politycznego autorytetu, ucieleśniającego się w anglo-saskiej koncepcji króla, ułatwiło przejście tego narodu na chrześcijaństwo. To właśnie królowie odgrywali bezpośrednią rolę w przyjęciu religii Jezusa Chrystusa. Bez wsparcia królewskiego konwersja ta nie mogłaby nastąpić. Autor książki "The WASP question" podkreśla, że nawet ukrzyżowanie Zbawiciela zasymilowało pogańskie legendy o rytualnym zabójstwie króla. Władca chrześcijański też musiał pośredniczyć w relacji ludu z Bogiem, a w razie konieczności cierpieć za grzechy swych poddanych.  Etnogeneza Anglików była więc w dużej mierze religijnym fenomenem.

Obecnie religijny grunt polityki to chrześcijańskie ruiny. Za "Ziemią Jałową" T.S. Eliota mógłbym mój fragmentaryczny tekst określić sławnym wersem "Te fragmenty oparłem o moje ruiny".  Bohaterem tego słynnego poematu jest Król Rybak, ranny w pachwinę władca z legend arturiańskich. Jego ułomność (impotencja) sprowadzała na kraj klęskę nieurodzaju. Czy król Donald Trump zostanie politycznie wykastrowany? Czy to okaleczenie przyniesie katastrofalny kryzys?  Śledzę  bieg wypadków. "Łowiąc ryby, z jałową równiną poza mną,/ Kiedyż na ziemiach moich zaprowadzę ład?"