Spoglądam na opublikowaną właśnie przez Narodowy Bank Polski fakturę za ucztę swego szefa Marka Belki z szefem wszystkich szefów służb Bartłomiejem Sienkiewiczem. O tej cichej, żeby nie powiedzieć konfidencjonalnej biesiadzie ministra spraw wewnętrznych z byłym zaufanym PRL-owskiej bezpieki o pseudonimie "Belch" zrobiło się głośno za sprawą podsłuchów. A teraz wychodzą na jaw kolejne szczegóły, które z szeptanek zmieniają się w kwestie szeroko dyskutowane w mediach niezależnych od rządu. Ta konspiracyjna wieczerza sprzed roku wydaje mi się nadal bardzo aktualnym tematem, mimo wszelakich zabiegów, żeby ją już na dobre "skonsumować", stąd ten mój nowy tekst.

Patrzę ci ja na kopię oficjalnego dokumentu (do obejrzenia TU) i sam się sobie dziwuję, ile się ukrytych treści w takim skanie mieści! Oczywiście najciekawsza jest pozycja "usługa gastronomiczna". To zwykłych zjadaczy chleba najbardziej interesuje. Interesuje? Raczej irytuje! A wielu doprowadza z pewnością do białej gorączki.  Czytam, że wartość brutto dwóch wyszczególnionych "usług gastronomicznych" to 1435 złotych. Nieźle, jak na jedno posiedzenie przy knajpianym stole. Saskie to są zwyczaje: zastaw się, a postaw się! Panowie Sienkiewicz, Belka i Cytrycki z naszego przecież budżetu sobie to opłacili, z pieniędzy podatników, więc nie musieli łapać się chytrze za portfele. Przecież z cudzego się nie skąpi!

Imaginacja podsuwa mi teraz taki oto obrazek poglądowy. Co to znaczy, że ci wysocy państwowi urzędnicy żreją i żłopią za pieniądze obywateli, dokonując  przy tym nielegalnych deali politycznych, spiskując przeciwko opozycji - przeciwnikom z PiS? Jak należy rozumieć, że ci niby dorośli faceci, zarabiający sporą kasę, muszą korzystać z funduszy państwowych, żeby wypić i zakąsić? Prawie półtora tysiąca złotych, które wydali lekką rączką, przepuścili w jeden wieczór, popuszczając pasa w "Sowie i Przyjaciołach", niejeden Polak zarabia przez miesiąc ciężkiej pracy! Wyobraziłem więc sobie tych trzech Budrysów - Sienkiewicza, Belkę i Cytryckiego - jak czają się za winklem, dybiąc na ofiarę.

Emeryt jakiś, dajmy na to, idzie sobie wieczorem, niczego się nie spodziewając, a tu wyskakują trzej złodzieje, buch go w głowę, łap za portfel i w nogi! Cała jedna emerytura wystarczy na potrójną chwileczkę zapomnienia. Albo idzie sobie studentka, akurat odebrała miesięczną pensję barmanki w nocnej knajpie, gdzie walcząc ze snem musiała podawać drinki różnym "grubym misiom", a tu zza rogu Czerniakowskiej i Gagarina wypadają na nią trzej bandyci. Szast, prast, przewracają na chodnik i wyrywają torebkę z całym studenckim bogactwem. Sytuacja godna pióra Agnieszki Osieckiej: "Na Czerniakowskiej róg Gagarina/ pobita, biedna jęczy dziewczyna!" Może to trochę populistyczne, co teraz piszę, może troszeczkę przesadzone, ale fakt pozostaje faktem: nie za swoje panowie balowali.            

Rozpatrzmy bowiem oficjalne tłumaczenia banku."Działalność NBP nie jest finansowana z budżetu państwa. Wypracowywany przez NBP zysk w 95 procentach trafia do budżetu państwa." Bank podaje  wykaz wydatków reprezentacyjnych: "koszty spotkań z przedsiębiorcami biorącymi udział w badaniach ankietowych; upominków, z wyłączeniem monet kolekcjonerskich; wiązanki i wieńce okolicznościowe związane z obchodami rocznic oraz świąt państwowych; nekrologi związane ze śmiercią osób zasłużonych dla bankowości i znanych osób."  Wyciągam z tego własne wnioski, które też chciałbym przedstawić w takim logicznym porządku, czerpiąc z niezależnego banku... informacji.    

Działalność NBP nie jest finansowana z budżetu, ale skoro NBP zasila budżet państwa zyskami, to uszczuplenie tych zysków przez kolację trzech panów w knajpie (nie licząc "psa", który za nimi węszył) można potraktować jak budżetową stratę, czyli wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni podatników. Jeśli przedstawiciele NBP odpowiedzą na to, że zastosowałem chwyt erystyczny, to zapytam ich, co fundusz reprezentacyjny banku centralnego pokrywał w wypadku spotkania Sienkiewicz-Belka - Cytrycki? Któryż to z punktów wymienionych w  uchwale nr 42/2011 Zarządu Narodowego Banku Polskiego z 21 lipca 2011 roku, na którą NBP powołał się w oficjalnym usprawiedliwieniu kosztów?        

Alibi wydaje mi się mocno naciągane. Albowiem, czy w "koszty spotkań z przedsiębiorcami biorącymi udział w badaniach ankietowych" można wpisać cenę suto zakrapianej kolacji tych trzech tupeciarzy, którzy konspirują przeciwko politycznej opozycji, tak aby nie mogła wygrać następnych wyborów? Czy jako"badania ankietowe" można zaszeregować wzajemne sondowanie się ministra Sienkiewicza z prezesem Belką na temat bankstersko-rządowego targu: głowa ministra finansów Rostowskiego w zamian za dosypanie złotych do budżetu, który oficjalnie miał być pewny jak bank szwajcarski, a jest dziurawy jak szwajcarski ser? Czy szefa MSW można zaliczyć do "przedsiębiorców"? Co on wytwarza?

SLD zwróci się do premiera Donalda Tuska o ujawnienie wydatków z kart służbowych ministrów jego rządu. Jeśli okaże się, że płacili z państwowych pieniędzy za prywatne spotkania, SLD chce, by pieniądze zwrócili. To pokłosie ujawnionej przez "Wprost" rozmowy Sikorski-Rostowski. czytaj więcej

Lękam się nawet myśleć, że produkcja "teczek" w III RP przez bezpiekę podległą Bartłomiejowi Sienkiewiczowi może być traktowana jako działalność biznesowa. Może Marek Belka (pseudonim "Belch") oraz jego asystent w konsumpcji suchego prowiantu i mokrego picia Sławomir Cytrycki (ksywka "Ritmo") spotkali się właśnie z przedsiębiorcą z "branży"? Niewykluczone, skoro o służbach mówi się czasem jako o "firmie". To określenie pojawia się w innej podsłuchanej rozmowie - ministra Grasia z szefem PKN Orlen  Krawcem."Ja ci powiem też, że po zmianach dużo lepiej się współpracuje z ABW, zupełnie inny klimat. (...)" - mówił prezes Orlenu. "To taka solidna firma" - wtóruje mu Graś.               

Analizujmy dalej. Jakie koszty reprezentacyjne NBP w przypadku randez-vous w trójkącie Sienkiewicz - Belka - Cytrycki można zaliczyć do "upominków, z wyłączeniem monet kolekcjonerskich"? Przecież to raczej Sienkiewicz miał wręczyć upominek Belce w postaci głowy Rostowskiego. Wielkopańska uczta przypominała trochę biblijną biesiadę króla Heroda, kiedy Herodiada zażądała głowy świętego Jana Chrzciciela i na tacy przyniesiono jej ociekające krwią trofeum po zdekapitowaniu proroka. Los Jana Vincenta Rostowskiego zyskuje na tym tle wymiar hebrajskiej historii ewangelicznej. Jednak nawet po podniesieniu wartości zwykłej politycznej jatki do Nowotestamentowej alegorii, to nie NBP płaci tą  głową, a szef MSW. Czym miał płacić bank? Drukiem dodatkowych banknotów: miliardów złotych.         

Jeśli potraktować to dosłownie w postaci papierowych pieniędzy, a nie tylko cyfrowych zapisów księgowych, to może pojawić się pewien problem. Otóż nowe bilety Narodowego Banku Polskiego, których wydrukowano ponoć nieco więcej niż wynosił bankowy algorytm, mają podpis Marka Belki. W związku z tym, że wielu poważnych i niezależnych ekspertów dostrzega w spiskowaniu Belki z Sienkiewiczem postępek, który się nadaje do postawienia szefa NBP przed Trybunał Stanu, warto się zastanowić, czym będą pieniądze z sygnaturą skazańca? Takie pytanie zadał profesor Krzysztof Rybiński: "czy banknot na którym jest podpis prezesa Narodowego Banku Polskiego skazanego przez Trybunał Stanu zachowuje swoją ważność?". Może będzie wtedy tylko banknotem kolekcjonerskim?

Ciekawe rodzą się w mojej głowie kwestie z samego tylko gapienia się na fakturę ujawnioną przez Narodowy Bank Polski z okazji wiekopomnej kolacji swego szefa, jego kumpla oraz szefa MSW. A w pierwszej chwili pomyślałem, że to tylko taki zwykły świstek papieru, który NBP chce zwinąć w kulkę i zakneblować nią usta każdego pytającego o wydawanie publicznego grosza przez naszych drogich notabli. Przypomniała mi się nawet reklama pewnego banku, w której Chuck Norris słysząc polskie słowo "faktura", powtarza je zdziwionym głosem, akcentując tak, żeby brzmiało z amerykańska "fuck-toora". No, tak - domyśliłem się - NBP publikuje tę fakturę, po to, żeby pokazać nam środkowy palec.

Inteligentni ludzie nie używają przecież publicznie takich wulgarnych słów, robią to aluzyjnie. Na przykład Adam Michnik - żywa alegoria nadwiślańskiej inteligencji - pewnego razu uciekając przed dziennikarzami "Gazety Polskiej" pytającymi o legendarny polski antysemityzm, nie odezwał się do nich ni słowem, a jedynie "poprawił" sobie opadające mu z nosa okulary środkowym palcem. Tak też i czyni Narodowy Bank Polski, pokazując tą fakturą, że pytających ma w... nosie. Na mój nos jednak tam w tym NBP-ie wiedzą, że wprawdzie nie muszą liczyć się z pieniędzmi, ale z opinią publiczną już tak. Stąd ta próba tłumaczenia. Co jest dla nas, mimo wszystko, dosyć optymistycznym wnioskiem.

Elita naszych banksterów w porozumieniu z bezpieką morduje demokrację i uśmierca konstytucję. Więc może wydawać pieniądze z funduszu reprezentacyjnego na "nekrologi i wieńce". Na fakturze czytamy, że państwowy NPB "sprywatyzował" te wydatki przelewając półtora tysiaka na konto Alior Banku. Niby to nic takiego, jednak jest w tym coś komicznego jak melonik z reklamy tego prywatnego banku na głowie chama. Nie ma się co dziwić, pieczątka na fakturze prawdę nam mówi. Widnieje na niej "Karczma Słupska" poprzednia jeszcze nazwa lokalu "Sowa i Przyjaciele". Karczma była ponoć "miejscówką" mokotowskiego gangu. Po liftingu to miejsce innej mafii. To się nazywa "restauracja"!