Wyobrażacie sobie sytuację, że to prawica wprowadza zasady „świadomego rodzicielstwa”, a lewica się temu gwałtownie przeciwstawia? Czy mieści Wam się w głowie sytuacja, w której to konserwatyści lansują eugenikę, a liberałowie alarmują, że to nieludzka ideologia? Przypomnę, że eugenika - według definicji - to: „system poglądów zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych człowieka, którego celem jest tworzenie warunków pozwalających na rozwój dodatnich cech dziedzicznych i ograniczenie cech ujemnych.” Eugenika jest - jak wiadomo - na celowniku prawicowych myślicieli, polityków i artystów. Znakomity film „Eugenika – w imię postępu” zrobił znany reżyser Grzegorz Braun, pokazując w nim jak rodziła się ta nauka, czy też pseudonauka.

Patronem lewicowych postępowców mógłby być Platon. Starożytny grecki filozof proponował szczególne prawo. Jego zdaniem idealne państwo powinno zajmować się tylko zdrowymi na ciele i umyśle obywatelami. Tym natomiast, którzy nie są zdrowi, należy pozwolić umrzeć. Eugenika jako problem medyczny i moralny powróciła ostatnio w gorących dyskusjach i ostrych sporach pomiędzy prawicą i lewicą w Polsce z powodu sprawy, którą mój szanowny kolega z redakcji - Grzegorz Jasiński - nazwał pięknie "problematem profesora Chazana" nawiązując w tytule do polskiej powieści. Nagłośniona sprawa ukazała dwie strony ludzkiej kontroli nad prokreacją. Warto przypomnieć istotę tego konfliktu, bo ona często umyka w emocjonalnej wymianie zdań pomiędzy uczestnikami  batalii w naszym kraju.

Jak wiadomo: dziecko, które w 22. tygodniu ciąży jego matka zgłosiła do aborcji, czyli - mówiąc wprost - do uśmiercenia, nie było poczęte w sposób naturalny, a metodą in vitro. Ta eugeniczna ingerencja w organizm kobiety zakończyła się medyczną  porażką. Płód okazał się chory, miał poważne wady rozwojowe. Potwierdziła to w rozmowie z portalem prawy.pl jedna z pracownic szpitala położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie. To tą placówką kierował profesor Bogdan Chazan. Lekarz - jak pamiętamy - odmówił ciężarnej zabicia dziecka. Krzyżują się w tej sprawie dwa aspekty postępowego "planowania rodziny": zapłodnienie pozaustrojowe i aborcja. To ich splot - o czym warto wiedzieć - doprowadził do tzw. problematu profesora Chazana. Ja chciałbym przypomnieć inną sprawę budzącą poważne kontrowersje.

W Hiszpanii głośnym echem odbiła się afera z dziećmi, skandal o przeciwnym ideologicznym wektorze. Tak opisał ją jeden z lewicowych magazynów w Polsce: W Hiszpanii za czasów dyktatury gen. Franco odbieranie dzieci rodzicom było środkiem polityki państwowej. Zabierano je przeciwnikom dyktatury, działaczom lewicy i osobom uznanym za niemoralne. Reżim mógł liczyć na pełne poparcie Kościoła. W 1940 r. wydano rozporządzenie przekazujące dzieci republikanów, anarchistów, komunistów i innych "wywrotowców" pod kuratelę państwa. Ustawa z 1941 r. zezwalała na rejestrowanie dzieci z nazwiskiem rodziców, którzy je adoptowali, bez żadnych dodatkowych uwag. W ten sposób adopcja została ukryta - czytamy w tygodniku "Przegląd".  

Autor artykułu podkreśla polityczny aspekt skandalu i odmalowuje ideologiczne tło: Reżim odbierał dzieci najczęściej w Madrycie, Kraju Basków, Katalonii i Andaluzji. Był to środek represji wobec opozycjonistów. Niemowlętami wynagradzano wiernych frankistów, będących przeważnie gorliwymi katolikami. Czołowy psychiatra reżimu Antonio Vallejo-Nájera głosił, że cały naród musi zostać uwolniony od "marksistowskiego genu". Robiono to, kradnąc niemowlęta. Z czasem ideologię zastąpiła czy też uzupełniła pospolita żądza zysku. Zaintrygował mnie ten "marksistowski gen". To prawicowa strona eugeniki, tym razem podkreślana przez postępowców w celu jej potępienia! Świat jest pełen paradoksów. Rozmawiałem o tym z hiszpańską pisarką, która ujęła ten problem literacko.    

Posłuchaj pierwszej części rozmowy Bogdana Zalewskiego z Clarą Sanchez

Posłuchaj drugiej części rozmowy z Clarą Sanchez

Bogdan Zalewski: Moim gościem jest hiszpańska pisarka Clara Sanchez - autorka wydanej właśnie w Polsce powieści pt. "Skradziona". Kim jest ta tytułowa postać? Kim jest Laura

Clara Sanchez: Tak naprawdę bohaterek jest w tej książce kilka. Pierwszą z nich jest Betty- matka, która straciła dziecko tuż po porodzie. Powiedziano jej, że to dziecko zmarło. Jednak, ona ma przeświadczenie, że ono żyje. Szuka jej przez siedemnaście lat, osamotniona w tej walce, w poszukiwaniach. Musi się przeciwstawiać swojemu otoczeniu. Nikt jej w to nie chce uwierzyć. Jej otoczenie sądzi, że są to urojenia. Kolejną bohaterką jest Veronica, jej córka, która jest bardzo odważną młodą dziewczyną, siedemnastoletnią. W pewnym momencie przejmuje tę walkę od swojej matki i prowadzi ją nadal. Aż wreszcie Laura, czyli ta nasza tytułowa skradziona. Ta dziewczyna przez całe życie wychowywała się w rodzinie , która nie była jej rodziną prawdziwą, i - jak się okazuje- całe to jej dotychczasowe życie było jedną wielką farsą.

Książka oparta jest sprawie bardzo głośnej w Hiszpanii. Czy mogłaby ją pani przybliżyć polskim czytelnikom?

Podczas gdy pisałam książkę, stopniowo wychodziły na światło dzienne wydarzenia, które rozgrywały się jeszcze w latach siedemdziesiątych, w osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych, a niektóre przypadki nawet na początku XXI wieku. Chodzi tutaj o proceder, polegający na tym, że dzieci były odbierane matkom tuż po porodzie. Były kradzione i sprzedawane. Matkom mówiono, że dziecko przy porodzie zmarło i że nie jest zalecane pokazanie im zwłok, bo z pewnością zaszkodziłoby to matczynej psychice. Noworodki te trafiały w ręce organizacji mafijnej, złożonej z lekarzy i pielęgniarek. Zamieszane w to były także zakonnice. Ta organizacja, ta -można by powiedzieć- siatka, decydowała o tym, co się z tym dzieckiem dalej stanie, to znaczy do jakiej rodziny trafi, gdzie się znajdzie. Oczywiście za wszystkim stały pieniądze i chciwość.

Zauważyłem ogromne rozbieżności w relacjach temat tej afery ze skradzionymi dziećmi. Jedne źródła podają liczbę 60 tysięcy Hiszpanów porwanych i sprzedanych zaraz po narodzeniu. Inne źródła mówią nawet o 300 tysiącach sprzedanych dzieci. Skąd się, według pani, biorą te różnice?

Z tą ostatnią liczbą - 300 tysięcy rodzin dotkniętych tym procederem- sama się niedawno zetknęłam. Jednak, muszę przyznać, że trudno jest określić liczbę precyzyjną. Pamiętajmy o tym, że cały proces wyjaśniania tej sprawy jest wciąż w toku. Jest niezwykle trudno weryfikować po pierwsze liczbę przypadków, a po drugie przypadki poszczególne. Trzeba analizować każdy z nich osobno. Trudno dociec, czy rzeczywiście dziecko zostało zabrane matce wbrew jej woli, czy też może zostało oddane dobrowolnie. Tego wciąż nie wiemy. To jest niewygodna prawda, od której nierzadko chciałoby się wręcz uciec.

A czy nie jest tak, że ten skandal jest jeszcze jedną odsłoną batalii ideologicznej? Czy w postfrankistowskiej Hiszpanii nie trwa wciąż wojna kulturowa pomiędzy lewicą a prawicą?

Myślę, że to, co jeszcze do połowy lat siedemdziesiątych można było rozpatrywać jako pewne przejawy działalności reżimu Franco, to już po upadku dyktatury jest to wyłącznie proceder mafijny, w którym główną rolę grają pieniądze, a nie ideologia.

A dlaczego postanowiła pani napisać powieść, a nie na przykład reportaż na ten "dziecięcy" temat?

Dlatego że ten temat pozwolił mi opisać to, co dzieje się wewnątrz rodziny, zgłębić wszelkie zależności i relacje silnie nacechowane emocjami, które w tej rodzinie istnieją. Poza tym chciałam też opisać trudny moment przełomu, kiedy okazuje się, że rodzina, w której żyliśmy do tej pory, nie jest naszą prawdziwą rodziną, że było to oszustwo. Chciałam przedstawić problemy emocjonalne w momencie, kiedy poznajemy naszą prawdziwą, biologiczną rodzinę, której przez całe życie nie znaliśmy.

W poprzednich moich pytaniach nawiązywałem do polityki, żeby tak naprawdę pomówić z panią o literaturze. Czy w ogóle powinno mnie interesować, analizując literackie walory pani powieści, czy historia, na którą się pani powołuje, którą się pani zainspirowała, jest prawdziwa czy nie?

Uważam, że z literatury przede wszystkim powinna bić prawda i autentyczność. Ja sama chciałam, żeby w mojej powieści autentyczne były emocje, które przenikają opisane tam postaci, które często nimi powodują, żeby jak najprawdziwsze były: miłość, nienawiść, zazdrość czy inne silne uczucia. Z pewnością kierowałam się tym, opisując smutek Betty, czy też odwagę Veroniki, odwagę, która mnie samą bardzo poruszyła. Ta autentyczność jest tym większa, że powieść jest oparta na historii, która wydarzyła się na prawdę, z którą ja również miałam pewien związek.                                     

Skąd czerpała pani inspirację, kreując tak żywe postacie jak Veronika, jej brat Angel, jak ich rodzice, czy przyjaciółka Ana? Czy te postacie występują w prawdziwym życiu? Czy mają swoje pierwowzory?

Owszem, te postacie mają swoje pierwowzory. Na przykład Betty wzorowana była w pewnej mierze na mojej własnej matce, na niektórych jej zachowaniach, na jej nieco melancholijnym usposobieniu. Weronika z kolei jest tą dziewczyną, którą ja sama chciałabym być, kiedy byłam w jej wieku. Podziwiam jej odwagę i zdecydowanie. Ana zaś jest jedną z tych osób, w których pokładamy wielkie zaufanie i które w pewnym momencie zadają nam bardzo bolesny, zdradziecki cios. Okazuje się, że oszukiwały przez cały czas. Jest to nadużycie, które bardzo często zdarza się w prawdziwym życiu. Osoby, które się go dopuszczają nazwałabym drapieżnikami.

Muszę powiedzieć, że książka mi się bardzo podoba. Jest bardzo plastyczna, nasycona zmysłowymi szczegółami. Według mnie panuje w niej duch Marcela Prousta. To jest dobry trop?

Ogromnie dziękuję. Uważam że porównanie mnie z Proustem to wielki zaszczyt. Ja sama staram się zawrzeć w moich utworach literackich to, co najbardziej ulotne w życiu- spojrzenie, pieszczotę, dotyk.

Powiem szczerze, cieszę się, że pani nie poszła na lep tej publicystyki, o której rozmawialiśmy poprzednio, że skupiła się pani na precyzyjnym rysunku postaci, na bardzo żywym odmalowaniu tła, i że tą książką można się po prostu delektować. Chciałbym tę powieść polecić naszym Czytelnikom jako lekturę na wakacje.

Bardzo dziękuję. Czuję, że zostałam zrozumiana i zdecydowanie pański komentarz poprawił mi nastrój tego popołudnia. 

Ja jeszcze chciałbym na koniec poruszyć taki osobisty wątek. Przeczytałem opinię, że pani ma bardzo szeroki gust muzyczny, filmowy, książkowy. Lubi pani słuchać i Led Zeppelin i Mozarta, oglądać filmy Quentina Tarantino, czytać książki Bohumila Hrabala. Lubi pani takie kontrasty?

Przede wszystkim chcę cieszyć się życiem i odbiorem muzyki czy sztuki. Nie chcę zbliżać się do niej ołowianymi krokami, tak jakby miała mi zadać śmiertelny cios. Chcę być w tym spontaniczna i mieć przyjemność z obioru.

A jak pani odbiera pobyt w Polsce? Czy jest pani pierwszy raz w naszym kraju? I co panią uderzyło u nas w porównaniu z pani rodzinną Hiszpanią?

Bardzo spodobała mi się Warszawa. Niestety znam w Polsce tylko to miasto. Jednak jestem zachwycona zarówno ludźmi, jak i atmosferą, jaka tutaj panuje. Czuję się w Warszawie bardzo dobrze i myślę, że mogłabym nawet tutaj zamieszkać, gdybym znalazła dość dobre mieszkanie. Jestem także zaskoczona pogodą, jaką miałam, tym ciepłem i słońcem. Ostrzegano mnie, że będzie tutaj chłodniej i że będzie padał deszcz, jednak nic takiego się nie stało.

Gorąco panią zapraszamy jeszcze raz, ciepło pani dziękuję za ten dzisiejszy wywiad.

Bardzo dziękuję i rzeczywiście mam nadzieję, że prędko tu wrócę. Oby tak się stało.