„Awaryjne hamowanie” - to nowy termin, jaki pojawił się w relacjach Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. Brzmi dramatycznie, trąci dreszczykiem i stawia pytanie: czy będzie bezpieczne? Chodzi o zabiegi brytyjskiego rządu dotyczące ograniczenia pomocy dla imigrantów z Unii Europejskiej. W tym Polaków. Czy takie hamowanie wobec rosnącej liczby napływającej na Wyspy siły roboczej wystarczy, by skłonić Brytyjczyków na zagłosowanie TAK w unijnym referendum? Najbliższe miesiące mogą dać odpowiedź na to pytanie.

Koleje unijnego losu /LAURENT DUBRULE /PAP/EPA

Lepiej wolniej niż wcale

Tym razem propozycja włączenia hamulców imigracji nadeszła z samej Unii Europejskiej. Brytyjczycy nie chcą jedynie zmniejszenia jej tempa. Oni najchętniej włączyliby światło stopu, ale ponieważ unijne prawo zakłada swobodne przemieszczanie się obywateli wewnątrz Wspólnoty, Londyn chce pozwolić im wjechać, a później narzucić 4-letni okres oczekiwania na prawo do otrzymywania świadczeń. Chodzi między innymi o wsparcie dla najniżej zarabiających tax credit, do którego upoważnieni są także Brytyjczycy. Oni mieliby je zachować. Unia Europejska nie zezwala jednak na dyskryminację jej członków. To jej najważniejsze i niezaprzeczalne prawo. Pojawiła się zatem propozycja "awaryjnego hamowania", które w efekcie miałoby ostudzić pęd Europejczyków w kierunku kanału La Manche.

Zwarci i gotowi

Według nieoficjalnych jeszcze sugestii, w momencie gdy Wielka Brytania przeżywałaby kolejny, wzmożony najazd unijnej siły roboczej, rękę na hamulcu położyliby brukselscy biurokraci. Sprawdzili dokładnie okoliczności tego zjawiska i po wcześniejszym ustaleniu parametrów, włączyli czasową procedurę zakręcania socjalnego kurka. Ograniczyłoby to zmniejszenie dostępu do świadczeń dla imigrantów. Pozwoliłoby systemowi złapać drugi oddech i wrócić do poziomu, gdzie jest on wydajny dla wszystkich mieszkańców Wielkiej Brytanii, bez względu na ich narodowość. Jak zawsze, diabeł tkwi w szczegółach. Ustalenie procedury takiego hamowania wymaga jedynie zmiany unijnego prawa. Mogłoby zostać przyjęte większością oddanych w Brukseli głosów, co automatycznie stwarza większe prawdopodobieństwo sukcesu, niż proponowany przez Wielką Brytanię scenariusz.

Egzamin z rzeczywistości

David Cameron oficjalnie podkreśla, że jego propozycja czteroletniej zwłoki w przyznaniu prawa do świadczeń nadal pozostaje na negocjacyjnym stole. Ale zarówno specjaliści na Downing Street, jak i urzędnicy w Brukseli, doskonale wiedzą, że by stała się ona prawem, konieczne jest uzyskanie zgody od wszystkich 28 krajów Wspólnoty. Biorąc pod uwagę, że należą do niej Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, ich wyszehradzka solidarność sprzeciwi się takim ograniczeniom. To samo uczyni Rumunia, Bułgaria, Chorwacja i nasi nadbałtyccy partnerzy. Renegocjacja traktatów - a takie głosowanie de facto by taką próbą było - z góry skazana jest na niepowodzenie. Lepsze, wiec awaryjne hamowanie od niekontrolowanego wylotu z torów.

Jaka będzie następna stacja?

Odrzucenie kompromisu miałoby dla Wielkiej Brytanii istotne konsekwencje. W zaplanowanym do końca 2017 referendum, Brytyjczycy zadecydują o dalszym członkostwie we Wspólnocie. "Awaryjne hamowanie" daje obozowi proeuropejskiemu szanse na przekonanie Brytyjczyków, że Unia słucha, analizuje i zdolna jest do szukania sensowych rozwiązań. Alternatywny wylot z szyn podczas glosowania traktatowego, stałby się koronnym argumentem dla wrogów europejskiej integracji, utwierdzającym ich w przekonaniu, że slogan "wszyscy za jednego, jeden za wszystkich" nie zawiera w sobie bardziej subtelnych zasad arytmetyki.

Czas na ściągniecie maski

Brytyjczycy nie są z natury wrogami Unii Europejskiej, ale związani odwiecznym przymierzem ze Stanami Zjednoczonymi - mowa, historia, kultura, biznes - mają alternatywę, która po początkowym szoku, mogłaby wyplenić ich związek z Brukselą. Pytanie czy Bruksela ma pomysł na to, co stanie się z Unia, gdyby Wielka Brytania opuściła jej szeregi? David Cameron zaczął od postawienia swym partnerom ostrego ultimatum: zażądał ograniczenia pomocy dla imigrantów, ochrony państw, które nie przyjęły euro, większej konkurencyjności i szacunku dla narodowej suwerenności.

"Albo zgodzicie się na nasze warunki, albo szukać będziemy szczęście gdzie indziej" - te słowa nigdy z jego ust nie padły, ale pod proeuropejskim uśmiechem szefa brytyjskiego rządu - zawsze kryła się groźba. Kompromisowa propozycja Brukseli - jeśli stanie się faktem przyjętym w Londynie - w końcu da szanse Cameronowi na dyplomatyczne ściągniecie maski.