Brytyjska premier Theresa May nie musiała zwoływać przedterminowych wyborów. Głosowanie nad wszczęciem procedury wyjścia z Unii Europejskiej odbyło się w parlamencie po jej myśli. Zaproponowana ustawa przyjęta została bez zgłaszanych poprawek. Rząd uruchomił art. 50 Traktatu Lizbońskiego zgodnie z planem i w terminie. To był największy sprawdzian jego skuteczności. Tymczasem Brytyjczykom zaserwowano "grom z jasnego nieba" - tak nazwał wyborczą decyzję premier May jeden z brytyjskich dzienników. Ale w kogo wymierzony? - pytają komentatorzy. Według najnowszych sondaży, konserwatyści cieszą się poparciem 44 procent elektoratu, prawie dwukrotnie większym niż Partia Pracy. Przedterminowe wybory, przy takim układzie sił, będą wyrokiem śmierci dla opozycji.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May /ANDY RAIN /PAP/EPA

Polityka jest grą dla dorosłych. Każdy konserwatywny premier od czasów Winstona Churchilla marzył o takiej okazji: wygrana zepchnie Partię Pracy do politycznego niebytu, dając rządowi możliwość nieograniczonego podejmowania decyzji. Nie tyko w sprawie Brexitu, ale we wszystkich innych istotnych w państwie zagadnieniach.

Pomyślne dla konserwatystów sondaże były tylko jednym z kryteriów podjęcia decyzji o przyspieszonych wyborach. Dobrze funkcjonująca gospodarka dała rządowi dodatkowe punkty. Premier May odziedziczyła urząd po swym poprzedniku, Davidzie Cameronie. Nie jest z wyboru. Zrozumiałe zatem, że marzy o własnym mandacie społecznego zaufania.

Ale pod wachlarzem oczywistych faktów kryją się obawy konserwatystów o utrzymanie jedności we własnych szeregach - partyjna polityka.

Tymczasem w parlamentarnych kuluarach czai się skandal.

Czysta profilaktyka

Kilkunastu posłów z partii premier Theresy May znajduje się pod lupą urzędu badającego poselskie wydatki. Zajmuje się nimi prokuratura. Jeśli okazałoby się, że dopuścili się nieprawidłowości, musieliby zostać zawieszeni w prawach członka Izby Gmin. W okresie negocjacji brexitowych znacznie osłabiłoby to pozycję konserwatystów. Szczupła większość siedemnastu posłów, jaką obecnie posiadają, mogłaby okazać się niewystarczająca w dalszych etapach rozmów z Brukselą, które będą coraz twardsze. W głosowaniu nad końcowym porozumieniem w Izbie Gmin byłaby pietą achillesową rządu. Jeśli dodać do tego zbuntowanych torysów, którzy przeciwstawiają się poczynaniom rządu, scenariusz bezbolesnego żeglowania przez Brexit, jaki premier Theresa May prezentuje przed elektoratem, mógłby okazać się z innego filmu.

Nie będzie pojedynku

Zapowiadając chęć zorganizowania przedterminowych wyborów, premier oskarżyła opozycję o torpedowanie strategii rządu i kwestionowanie jego dobrych intencji. Jej zdaniem, po referendum Brytyjczycy zaczęli się jednoczyć, ale atmosfera, jaka panuje w parlamencie, zdaje się temu przeczyć.

Theresa May już zapowiedziała, że nie zamierza wziąć udziału w telewizyjnych debatach, jakie zgodnie z tradycją poprzedzają na Wyspach wybory. Taki bezpośredni pojedynek przed kamerami jest ważną bronią każdej partii. Ale ani labourzyści, ani Liberalni Demokraci czy Szkocka Partia Narodowa nie zmuszą premier do takiego starcia. Te są nieprzewidywalne i często wyłaniają nieoczekiwanego zwycięzcę. Takiego ryzyka Theresa May nie podejmie.

Czy wszystko przegrane?

Warto się zastanowić, czy opozycja ma jakiekolwiek szanse w tych wyborach. Labourzyści nie wierzą w sondaże i już zapowiedzieli, że skoncentrują się na zwalczaniu szerszej polityki rządu. To naiwność zmieszana z brakiem wizji.

Ich niepomyślne obecnie notowania łączą się również z osobą lidera Jeremy’ego Corbyna. Jest laburzystą tzw. starej daty. Brak mu charyzmy i cech przywódczych. Bardziej swoją partię dzieli, niż łączy. Trudno o większego samobójczego gola w wyborczym meczu.

W manifeście labourzystów dominować będzie wewnętrzna agenda, w której Brexit zostanie zepchnięty na plan dalszy. Dla wielu członków Partii Pracy będzie to trudne do zrozumienia.

Inaczej podchodzą do tego zagadnienia Liberalni Demokraci. Oni zamierzają maksymalnie wykorzystać Brexit w przedwyborczej walce. Nie kwestionują wyniku referendum, ale pragną zorganizować kolejne, które w ten sam demokratyczny sposób przyjęłoby lub odrzuciło ostateczne porozumienie z Brukselą. Negują opcję "twardego wyjścia" z Unii. Zakłada ona opuszczenie wspólnego rynku i unii celnej. Lib Dems będą magnesem dla tych Brytyjczyków, dla których pozostanie ich kraju w Unii Europejskiej było priorytetem.

Przede wszystkim Brexit

Bez względu na to, jak obszerne będą manifesty największych brytyjskich partii, Brexit będzie decydującym czynnikiem w tych wyborach. Pozostało do nich siedem tygodni, a Partia Pracy tego nie rozumie i zapłaci za to wysoką cenę. Liberalni Demokraci powinni wypaść lepiej, ale w żaden sposób nie przejmą władzy. Jeśli zaś sondaże okazałyby się błędne, zawyżając szanse konserwatystów, Liberalni Demokraci mogliby wejść w skład ewentualnej koalicji.

Już na początku maja rozwiązany zostanie parlament. W ten sposób w newralgicznym dla Wielkiej Brytanii okresie kraj znajdzie się w politycznym zawieszeniu. To cena, jaką premier Theresa May gotowa jest zapłacić za kolejną, pięcioletnią kadencję i zepchnięcie opozycji w czeluść. Twarda i bezpardonowa gra. Niektórzy oskarżają Theresę May o prowadzenie partyjnej polityki kosztem narodowego interesu. Ale trudno się temu dziwić, skoro wygraną ma w kieszeni. To już nawet nie poker, bo karty leżą na stole. To zwycięstwo, zanim z rękawa posypią się asy.

Władza absolutna

Zapowiedziane na 8 czerwca wybory odbędą się przed ostatecznym ustaleniem przez Unię Europejską zasad negocjacji w sprawie Brexitu. Ostateczne porozumienie z Brukselą będzie musiało zostać przyjęte przez parlament. Premier Theresa May obiecała takie głosowanie, ale nie zapisano tej obietnicy legislacyjnie. Komentatorzy są sceptyczni i wskazują na fakty. Theresa May wykluczyła możliwość przedterminowych wyborów, po czym je zwołała. Teraz nie chce debat telewizyjnych z liderami opozycji, łamiąc tradycję. Nawet jeśli odda parlamentowi ostateczny głos w sprawie Brexitu, po zdobyciu miażdżącej większości w Izbie Gmin będzie to zabiegiem czysto formalnym.

Wszystko wskazuje na to, że Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej według receptury dyktowanej przed konserwatystów. To wynik przywileju absolutnej władzy.