Podczas wieczornego meczu o Superpuchar Polski oczy kibiców będą zwrócone nie tylko na piłkarzy Legii Warszawa i Arki Gdynia, ale też na sędziego Szymona Marciniaka. Arbiter będzie mógł skorzystać z pomocy asystenta, który będzie siedział w specjalnym wozie i miał przed sobą kilka monitorów. Na nasze boiska z wielkim przytupem wkracza VAR – system powtórek wideo.

Mecz Legii z Arką będzie pierwszą oficjalną próbą VAR-u / JEON HEON-KYUN /PAP/EPA

Wrzesień ubiegłego roku. Ajax Amsterdam mierzy się z Willem II Tilburg w meczu Pucharu Holandii. Anouar Kali, zawodnik gości, atakuje piłkarza Ajaksu Lasse Schone. Sędzia początkowo wyciąga żółtą kartkę, ale postanawia skorzystać z pomocy wideoasystenta Pola van Boekela. Efekt? W 100 proc. zasłużona czerwona kartka.

To pierwsza w historii decyzja sędziego, która została zmieniona po skorzystaniu z systemu VAR (Video Assistant Referee).

Od tamtej pory rozpoczęła się niemal ogólnoświatowa dyskusja zwolenników, jak i przeciwników VAR-u. Jedni mówili, że wideopowtórki zlikwidują raz na zawsze błędy sędziów, a drudzy że futbol zostanie okradziony z pewnego rodzaju magii i cwaniactwa. Gdyby tego typu system istniał kilkadziesiąt lat temu, nie byłoby "boskiej ręki" Diego Armando Maradony, czy debaty na temat gola z finału mistrzostw świata między Anglią a Niemcami.

Początkowo do VAR-u sceptycznie podchodził prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. Jednak po kilku kardynalnych błędach arbitrów (nieuznany gol Marcina Budzińskiego w meczu Cracovia-Arka Gdynia, czy uznany gol w spotkaniu Arki z Ruchem Chorzów) czara goryczy się przelała. Boniek podjął decyzje, że warto wprowadzić wideoweryfikację, ponieważ tego typu ułatwienie zdaje egzamin. Pokazał to mecz Francji z Hiszpanią, kiedy sędzia nie uznał bramki Antoine’a Griezmann’a, oraz uznał bramkę Gerarda Deulofeu (0:53, 1:56).

System VAR w Polsce cały czas jest w fazie testów, ale próbę generalną przejdzie w piątkowy wieczór, kiedy Legia Warszawa podejmie Arkę Gdynia w meczu o Superpuchar Polski.

Kibice spodziewają się całkowitego wyeliminowania błędów, ale warto w tym miejscu zaznaczyć, że pomyłek i kontrowersji nie da się w 100 proc. uniknąć. Nawet dziś, kiedy eksperci siedzą w studiu telewizyjnym i analizują mecze, wielokrotnie dochodzi do sporów, choć mogą polegać na niezliczonej liczbie ujęć. VAR ma wygumkować najbardziej istotne błędy arbitrów. Asystent, który będzie siedział w naszpikowanym elektroniką wozie, będzie brał pod uwagę jedynie sytuacje bezdyskusyjne.

Sędzia będzie mógł korzystać z VAR-u w czterech przypadkach:

1. Jeśli arbiter jest przekonany, że powinno się pokazać albo cofnąć czerwoną kartkę;
2. Jeśli arbiter jest przekonany, że powinno się podyktować albo cofnąć decyzję o podyktowaniu rzutu karnego;
3. Jeśli arbiter ma wątpliwości odnośnie do strzelonego gola;
4. Jeśli arbiter pomyli zawodnika (na przykład: jeśli pokaże żółtą kartkę nie temu graczowi, co trzeba).

Mecz Legii z Arką będzie pierwszą oficjalną próbą VAR-u. System w Polsce na stałe zagości dopiero za kilka miesięcy, kiedy przejdzie szereg testów. Pierwsze zostały przeprowadzone już w poprzednim sezonie.

Nie jest przesadą stwierdzenie, że nowe przepisy zmienią piłkę nożną. Odzew środowiska jest jak na razie pozytywny z dwóch powodów: mecze z roku na rok są coraz szybsze, a stawki spotkań są niekiedy tak duże, że nie można sobie pozwolić na błędy.

David Elleray, dyrektor techniczny IFAB (Międzynarodowej Rady Piłkarskiej, która odpowiada za ewentualne zmiany w przepisach) ma też nadzieje, że VAR ograniczy liczbę oszustw wśród piłkarzy. Zwraca uwagę, że gdyby system wideopowtórek istniałby kilka lat temu, nie byłoby sytuacji z Thierry Henrym, który strzelił w meczu z Irlandią gola ręką. Elleray zaznacza, że VAR ma być "minimalną interwencją, z maksymalnymi korzyściami". System nie może zaburzyć płynności meczu.

APA