Dla Aleksandry Sochy igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro będą już czwartymi w karierze. Nasza szablistka do tej pory zdobyła medal na mistrzostwach świata i Europy. Do kolekcji brakuje jej krążka olimpijskiego. "Jestem dobrą zawodniczką i zrobię wszystko, aby zdobyć medal" - mówi w rozmowie z Janem Kałuckim. Opowiada też między innymi o tym, jak bardzo przeżyła porażkę na igrzyskach w Atenach oraz o życiu w wiosce olimpijskiej.

Szablistka Aleksandra Socha //Bartłomiej Zborowski /PAP

Jan Kałucki: Do igrzysk zostało 100 dni. Odczuwa już pani jakieś szczególne zdenerwowanie?

Aleksandra Socha: Jeszcze nie, ale myślę, że ono już wkrótce przyjdzie. Zawsze tak jest, że to napięcie rośnie razem z upływającymi dniami. Ale jak na razie wszystko idzie zgodnie z harmonogramem. Przede mną dwa występy w Pucharze Świata. 3 maja wylatuję na zgrupowanie do Chin i tam będę miała swój Puchar Świata. Później czeka mnie zgrupowanie w Portland, a ze Stanów Zjednoczonych będę leciała na kolejne zawody Pucharu Świata do Moskwy. Te zawody nie będą jakoś szczególnie istotne, kwalifikacje olimpijskie będą już rozdane, ale od nich będzie zależało rozstawienie w czasie igrzysk. W tej chwili jestem ósma na liście światowej, więc nie pozostaje mi nic innego, aby wskoczyć kilka miejsc wyżej. W czerwcu w Toruniu odbędą się mistrzostwa Europy, a w lipcu to już czas na ostatnie szlify i lot do Rio de Janeiro.

A w Rio stawia sobie pani jakiś cel minimum?

Ja już wszystkim powiedziałam, że jadę do Bazylii po swój upragniony medal. Zrobię wszystko, aby go zdobyć. Ktoś powiedział, że hasło "po trupach do celu" nie jest najlepsze w życiu poza sportowym, ale wydaje mi się, że w mojej sytuacji to wyrażenie w dobrym tego słowa znaczeniu jest jak najbardziej na miejscu.

Bo tylko medalu z igrzysk olimpijskich brakuje pani do kolekcji.

Dokładnie. Mam medale mistrzostw Europy i mistrzostw świata. To są moje czwarte igrzyska olimpijskie, tak że to jest najwyższy czas na zdobycie tego upragnionego medalu. Co ciekawe, w Rio byłam już w 2011 roku na igrzyskach wojskowych, gdzie zdobyłam dwa złote medale - indywidualnie i drużynowo, tak że mam piękne wspomnienia z Brazylii i mam nadzieję, że tak samo będzie w tym roku.

No właśnie, była pani w Rio na igrzyskach sportów wojskowych, a jakie będą te tegoroczne?

Mogę jedynie powiedzieć jak było w 2011 roku - piękny kraj i przepiękne widoki. Ludzie, którzy tam mieszkają, są niesamowicie pozytywnie nastawieni do życia. Pomijam całą sytuację polityczną (impeachment prezydent Dilmy Rousseff - przyp. red.), bo wolę się skupić tylko i wyłącznie na sporcie. Ale pomijając wszystkie tego typu aspekty, jest to piękny kraj, ludzie są uśmiechnięci, tańczą na ulicach, tak że mam nadzieję, że tak samo będzie i tym razem.

A jeśli chodzi o sprawy zdrowotne?

Na to wszyscy zwracają szczególną uwagę. Już przeszłam wszystkie etapy szczepień. Oczywiście nie ma szczepionki na wirus Zika, ale misja medyczna na pewno zabezpieczy nas w odpowiednie preparaty na komary. Ale mówiąc zupełnie szczerze - w każdym kraju jest coś, co może nam zagrażać. Zawsze podchodzę do tego optymistycznie. Mam nadzieję, że nic złego się nie przytrafi.

To będą pani czwarte igrzyska olimpijskie. Czy występ na tej imprezie robi jeszcze jakiekolwiek wrażenie?

Jest super! Jestem na zupełnie innym etapie. Od jakiegoś czasu współpracuję z trenerem mentalnym, który robi niesamowitą robotę. Jestem świadoma swoich umiejętności i wiem, że mogę zdobyć złoty medal.

Ale jaka jest różnica między Aleksandrą Sochą przed igrzyskami olimpijskimi w Atenach, a teraz na 100 dni przed igrzyskami w Rio?

Przede wszystkim jestem świadoma tego, że jestem naprawdę dobrą zawodniczką. Przez 16 lat utrzymuję się bardzo wysoko na liście światowej. Mówiąc nieskromnie, pewnie niejedna osoba mogłaby mi pozazdrościć. Przed Atenami startowałam jako brązowa medalistka mistrzostw świata, mistrzyni Europy, trzecia zawodniczka Pucharu Świata. Niektórzy mówili, że medal w na igrzyskach w Atenach jest już tylko formalnością. Prawdę mówiąc, nie udźwignęłam tej presji. Trzy dni przed igrzyskami byłam podłączona pod kroplówkę, ponieważ co zjadłam - to oddawałam. Naprawdę to był tak ogromny stres, że nie spałam. W takiej kondycji psychicznej trudno było o dobry wynik na igrzyskach. Tę porażkę przeżywałam kilka ładnych lat. Myślę nawet, że miałam ją gdzieś z tyłu głowy podczas igrzysk w Pekinie. W Londynie to była już zupełnie inna sytuacja - po prostu moja przeciwniczka była lepsza. Dzisiaj jestem w stu procentach świadomą zawodniczką. Wierzę w swoje umiejętności i wiem, że mogę sięgnąć po złoty medal.

A jak wygląda życie w wiosce olimpijskiej?

Jest dość napięta atmosfera. Kiedy się tam jest, każdy sportowiec uświadamia sobie, że uczestniczy w wyjątkowym wydarzeniu - w zawodach, które odbywają się raz na cztery lata. Dla niektórych może to być jedyna szansa w życiu, aby się pokazać, zdobyć jak najlepsze miejsce i sięgnąć po olimpijskie laury. Sportowcy w wiosce zajmują się przede wszystkim sobą. Odpoczynek jest jedynie po startach, ale też niektórzy się cieszą, inni płaczą. Trzeba znaleźć swoje miejsce.

A to prawda, że wszystkim zawodnikom rozdawane są prezerwatywy?

Z tego, co wiem w każdej wiosce jest kapliczka, a tam w koszyczku leżą prezerwatywy i każdy chce może sobie wziąć. Niektórzy i tak brali, bo "olimpijska prezerwatywa" to też nietypowa pamiątka.

Kończąc... Sto dni do igrzysk, powoli zaczyna się medalomania, krąży giełda nadziei olimpijskich... Czy pani czuje się taką nadzieją?

Tak, czuje to. Jestem dobrą zawodniczką i zrobię wszystko, aby zdobyć medal.

(MRod)