Maja Włoszczowska płakała po pechowym wyścigu o mistrzostwo świata w kolarstwie górskim w czeskiej miejscowości Nove Mesto na Morave. Zamiast niemal już pewnego srebrnego medalu, uplasowała się tuż za podium. Powodem była przebita dętka na ostatniej rundzie.

Maja Włoszczowska i jej trener /PAP/Grzegorz Momot /PAP

Powinnam się cieszyć, że jest forma mimo, że nie jestem jeszcze w superdyspozycji. Na igrzyskach w Rio powinno być jeszcze lepiej. Ale w życiu trzeba wykorzystywać okazje. Cholernie przykro, że tak się skończyło. To był tak chamski pech, że ciężko o gorszy scenariusz - powiedziała Włoszczowska na mecie.

Pochodząca z Dolnego Śląska kolarka przebiła dętkę na ostatniej rundzie, tuż przed kamienistym odcinkiem "Kross Rock and Roll". Trasa była wyboista i nietrudno było o defekt. Na ostatnim okrążeniu starałam się jechać bezpiecznie, nawet wolniej niż na poprzednich, a jednak stało się... Nie dało się jechać na "kapciu", chociaż próbowałam. Musiałam biec i niestety przeszły mnie dwie zawodniczki.

Po zmianie koła Włoszczowska ruszyła w pościg za Kanadyjką Emily Betty i stoczyła z nią zacięty pojedynek o brązowy medal. Na mecie były już bezkonkurencyjna Dunka Annika Langvad oraz Amerykanka Lea Davison, która skorzystała z pecha Polki. Na finiszu byłam bardzo, bardzo blisko, mimo że kompletnie nie umiem finiszować. Co z tego, że był ładny finisz. Tego jednego metra zabrakło.

Zawodniczkę pocieszali trener Michał Krawczyk i druga z reprezentantek Polski Katarzyna Solus-Miśkowicz. Skupiona byłam na każdym metrze trasy. Świetnie spisali się kibice, którzy dodawali mi energii. Czuję ogromny żal, bo inaczej wracałoby się do pracy, gdyby po drodze była nagroda, na którą zasłużyłam - mówiła polska kolarka.

Przed igrzyskami w Rio Włoszczowska planuje jeszcze dwa starty - w Pucharze Świata w Lenzerheide oraz w mistrzostwach Polski. Po nich poleci do Kolumbii, gdzie przez trzy i pół tygodnia będzie się przygotowywać do olimpijskiego startu. Dzień olimpijskiego wyścigu to 20 sierpnia.

APA