"Marcin Kaczkan poinformował nas dziś, że Artur Hajzer nie żyje" - powiedział himalaista Krzysztof Wielicki. "Na dole kuluaru znalazł ciało i stwierdził zgon" - dodał przyjaciel zmarłego Janusz Majer. Artur Hajzer wraz z Marcinem Kaczkanem wchodził na Gaszerbrum I w Karakorum. Do wypadku doszło, gdy schodzili kuluarem japońskim po nieudanym ataku szczytowym.

Marcin zszedł do bazy. Przekazał zupełnie inną wersję wydarzeń, niż te, które docierały do Polski. To nie on spadł do kuluaru, jak wcześniej wynikało z SMS-a, a Hajzer - powiedział Wielicki. Bardzo zależało nam na tym, żeby to usłyszeć z ust jego partnera, a nie z ust uczestników innych wypraw, które pośredniczyły w komunikacji z krajem. Mieliśmy rozmowę z Marcinem, gdy dotarł do bazy. Ja go pierwszy zapytałem o to, czy widział Artura, czy był przy nim. Powiedział: "Tak, byłem przy nim. Nie żyje". To była taka najważniejsza informacja - dodał.

Wielicki: Rodzina zdecyduje - ściągać ciało Artura, czy zostawić w szczelinie i pochować

"To rodzina zdecyduje, co teraz z ciałem Artura Hajzera. Warunki jakie tam są czasem pomagają podjąć decyzję, co zrobić - ściągać ciało, czy zostawić w szczelinie i pochować. Myślę, że w najbliższych godzinach żona Artura Iza bardzo szybko podejmie tę decyzję, będąc w kontakcie z Marcinem... czytaj więcej

Z Kaczkanem przez telefon satelitarny rozmawiał też himalaista i przyjaciel Hajzera Janusz Majer. W pewnym momencie zobaczył spadające ciało obok siebie. Gdy zszedł na sam dół kuluaru japońskiego, znalazł ciało Artura i stwierdził zgon - powiedział naszemu reporterowi. To pewna informacja - dodał.

"Arturowi tylko się wydawało, że Marcin spadł"

Przebieg wydarzeń przekazany dziś przez Kaczkana różni się od pierwszych doniesień. Wracając do tego dnia, niedzieli, gdy schodzili z obozu trzeciego do drugiego - dostaliśmy SMS od Artura, że Marcin spadł w kuluar japoński. Marcin natomiast mówi, że w ogóle się nie obsunął, ani nie spadał. Cały czas wchodził regularnie - wyjaśnił Majer. Twierdzi, że może Arturowi się to tylko wydawało, bo była zła widoczność. Wiał silny wiatr od dołu, miotając śniegiem i może Artur nie dojrzał dobrze tej sytuacji, że napisał tego SMS-a. Marcin, schodząc jako pierwszy, cały czas widział Artura schodzącego nad sobą. W pewnym okresie przestał go widzieć, nie było wzrokowej łączność. Zaczekał chwilę i gdy znów zobaczył Artura schodzącego, to sam zaczął schodzić dalej - dodał.

Cały kuluar był zaporęczowany. Oni wykorzystali na to poręczowanie stare liny, które już tam wcześniej wisiały. Może wcześniej był niedowiązany jakiś koniec tej liny i Artur po prostu zjechał. Jeszcze szczegółowo na ten temat nie rozmawialiśmy - podkreślił.

Do wypadku doszło po nieudanym ataku szczytowym

Jak mówił wczoraj Majer, Hajzer i Kaczkan w niedzielę rano rozpoczęli atak na szczyt, startując z obozu trzeciego. Dotarli do wysokości 7600 metrów. Zawrócili jednak z powodu silnego wiatru. Z trzeciego obozu połączyli się z bazą i rozmawiali ze swoim kucharzem przez radiotelefon. Podjęli decyzję o zejściu do obozu drugiego. SMS o upadku Kaczkana z kuluaru japońskiego miał zostać wysłany z telefonu Hajzera o godz. 11.

W związku z brakiem kontaktu z oboma Polakami, w nocy z niedzieli na poniedziałek rozpoczęto akcję poszukiwawczą. Z powodu silnych opadów śniegu i złej widoczności dopiero we wtorek Rosjanom, którzy wyszli z obozu pierwszego, udało się natomiast dotrzeć do obozu drugiego. Znaleźli w nim Kaczkana, który poinformował ich i Thomasa Laemmle, kierownika niemieckiej wyprawy kierującego akcją w bazie, że Hajzer nie żyje.

Laemmle wyruszył dzisiaj w kierunku obozu drugiego. Kaczkan rozpoczął natomiast wczoraj zejście z "dwójki" z członkami wyprawy rosyjskiej. Dopiero dzisiaj w bazie możliwe było bezpośrednie połączenie i potwierdzenie u niego informacji o śmierci drugiego z Polaków.

Chcieli dokonać czegoś, czego nikt wcześniej nie zrobił

Hajzer 28 czerwca skończył 51 lat. Był inicjatorem projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. 38-letni Kaczkan jest natomiast pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej.

W czasie wyprawy w Karakorum zamierzali zdobyć Gaszerbrum I (8068 m), a po nim Gaszerbrum II (8035 m). Dotychczas nie dokonano w jednym sezonie pełnego trawersu masywów ze szczytu na szczyt łączącą je granią przez przełęcz Gaszerbrum Col (6400 m).

Wyprawa miała być przygotowaniem do ewentualnych zimowych ekspedycji.

Zdobywał ośmiotysięczniki razem z Kukuczką i Rutkiewicz

Artur Hajzer z Jerzym Kukuczką 3 lutego 1987 roku dokonał pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę (8091 m). Spośród ośmiotysięczników zdobył też Manaslu (8156 m) w 1986 wraz z Kukuczką, Sziszapangmę (8013 m) w 1987 nową drogą z Wandą Rutkiewicz, Ryszardem Wareckim i Kukuczką, Dhaulagiri (8167 m) w 2008 i Nanga Parbat (8126 m) w 2010 - oba z Robertem Szymczakiem, a dwa lata temu Makalu (8481 m) z Adamem Bieleckim i Tomaszem Wolfartem.