Piotr Lisek i Paweł Wojciechowski w skoku o tyczce oraz Adam Kszczot w biegu na 800 m – to szanse medalowe polskich lekkoatletów piątego dnia mistrzostw świata w Londynie. Kibice liczą też na... rekord globu Wayde’a Van Niekerka z RPA na 400 m.

Adam Kszczot /PAP/Bartłomiej Zborowski /PAP

Wojciechowski i Lisek konkurs rozpoczną o 20:35. Stawka jest wyrównana, ale zagraniczni komentatorzy widzą Polaków w gronie faworytów, podobnie jak Francuza Renaud Lavillenie i Amerykanina Sama Kendricksa. Ostatni z nich jako jedyny w tym sezonie pokonał poprzeczkę na wysokości sześciu metrów. Drugi na światowej liście wyników jest Wojciechowski. Zawodnik CWZS Zawisza Bydgoszcz w swojej karierze przeżył już wszystko. Był mistrzem świata w Daegu (2011), pokonał szereg kontuzji, przechodził operacje, odpadał w eliminacjach głównych imprez, gubił tyczki. Ten rok należy jednak do niego i on sam czuje, że może dokonać znowu czegoś wielkiego.

Chyba po raz pierwszy w życiu mogę o sobie powiedzieć, że jestem rasowym tyczkarzem. Czuję się pewnie, nie boję się wysokości, a 5,70 to skaczę na każdym treningu - wyjawił Wojciechowski.

Na podium w Londynie może stanąć nawet dwóch Polaków. Ten scenariusz jest realny - tak było dwa lata temu, kiedy Lisek (OSOT Szczecin) i Wojciechowski podzielili się brązowym medalem.

Na 22:35 zaplanowano finał biegu na 800 m mężczyzn. Jednym z bohaterów może być Adam Kszczot. "Profesor", jak nazywają go komentatorzy ma już w dorobku srebro sprzed dwóch lat. W tym sezonie nie imponował wynikami, ale za to nikt inny nie potrafi tak inteligentnie rozegrać biegu taktycznie jak on. Jest też typem turniejowca i jak sam podkreśla - z każdym biegiem czuje się coraz lepiej.

(mn)