"Powiem panu szczerze, że ta do bólu solidność Łukasza czasami nas denerwuje. Gdy syn przyjeżdża na święta, na dzień, czy dwa, to zawsze musi znaleźć czas na to, by pójść pobiegać, czy pojechać na salę poćwiczyć. Z żoną dostajemy wtedy nerwówki" - uśmiecha się Janusz Kubot, ojciec Łukasza, który opowiada o tym, jak w Lubinie wyrósł najlepszy deblista świata.

INTERIA.PL: Łukasz został Sportowcem Stycznia w plebiscycie RMF FM i Interia.pl. Gratuluję! Spodziewał się pan, że kibice docenią sukces syna aż tak bardzo, że Łukasz wyprzedzi firmy takie jak Agnieszka Radwańska, czy Robert Kubica?

Janusz Kubot: To dla mnie miłe zaskoczenie. Ostatnio wokół Łukasza dzieje się sporo ciekawych rzeczy. To wszystko jest miłe. Nie spodziewałem się, że syn wygra ten plebiscyt. Jest to dla mnie duże zaskoczenie.

Jak to się stało, że syn porzucił piłkę dla tenisa? Miał talent do futbolu?

Miał predyspozycje ruchowe. Ma talent, dobrą koordynację. Ale to nic wyjątkowego, wiele dzieci lubiących ruch ma takie predyspozycje. Ja syna nie trenowałem, był tylko z moją grupą trampkarzy raz na obozie, ale wybrał tenis.

Łukasz Kubot: Nigdy nie powiedziałem, że reprezentacja czy Puchar Davisa mnie nie interesują

"Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że aż tylu słuchaczy będzie na mnie głosować. To bardzo miłe wyróżnienie, na pewno będzie mnie motywować do dalszej pracy" - mówi Łukasz Kubot o zdobyciu tytułu Sportowca Stycznia w plebiscycie RMF FM i portalu Interia.pl. W rozmowie z Kacprem... czytaj więcej

Kto go nim zaraził?

W wieku siedmiu lat zaczął się bawić w tenisa, a zaraził nim go starszy o trzy lata kolega z bloku - Mariusz Konofał. Mariusz zabrał go na trening i Łukasz połknął bakcyla, zapisał się do sekcji tenisowej. Przeszedł testy sprawnościowe i tak się zaczęła ta przygoda.

Tenis to nie jest piłka nożna. W nim nie wystarczy kupić dobre obuwie, dres, spodenki i koszulkę, plus opłacić dojazdy i treningi. W tenisie koszty są bez porównania większe. Jak państwo sobie radziliście?

Cytat

Jedni rodzice opłacają dzieciom prywatne lekcje języków, jeszcze inni kupują drogie prezenty, a my postawiliśmy na tenis, który syn wybrał w pełni świadomie. Wspieraliśmy go, na ile mogliśmy.

W naszym domu nikt nie patrzy na początki kariery syna w ten sposób, że był to dla nas jakiś wielki wysiłek finansowy. Wiadomo, że ten rozwój sportowy syna kosztował, ale fundowaliśmy go Łukaszowi w imię idei spełnienia marzeń dziecka. Jedni rodzice opłacają dzieciom prywatne lekcje języków, jeszcze inni kupują drogie prezenty, a my postawiliśmy na tenis, który syn wybrał w pełni świadomie. Wspieraliśmy go, na ile mogliśmy.

Zawsze starczało na drogie podróże po świecie?

Oczywiście, zwiększone wydatki zaczęły się w 1998 roku, gdy Łukasz wyjechał do USA. Ale wtedy pomógł nam Andrzej Szarmach, który był pierwszym trenerem Zagłębia, a ja mu asystowałem.  Andrzej pożyczył nam wtedy pieniądze, czego do końca życia mu nie zapomnę.

Piękny gest. Sam wyszedł z inicjatywą, czy prosił go pan o to?

Andrzej sam zaproponował pożyczkę. Łukasz rano miał zajęcia tenisowe, po południu na rowerze przyjeżdżał na Zagłębie na taką małą salkę, na której mieliśmy zajęcia ze sprawności ogólnej. Andrzej często zachodził i widział, jak Łukasz pracuje. Zresztą trener Strejlau to samo. Obaj czerpali przyjemność z oglądania mojego syna w pracy. Zresztą ta praca na treningach była przyjemna także dla Łukasza.

Nieczęsto się zdarza, żeby osoba dobrze sytuowana finansowo wyciągała rękę pomocy do osób będących w potrzebie.

Dlatego Andrzej już zawsze będzie przyjacielem naszej rodziny. Łukasz nawet nie wiedział, że te pieniądze są pożyczane, bo chyba by nie wyjechał, mając taką wiedzę. Trzymaliśmy to przed nim w tajemnicy, żeby nie stawiać go w niezręcznej sytuacji. Załatwienie mu tych środków było po prostu naszą rolą, żeby spełniać marzenia tego dzieciaka. On w tenisie się świetnie czuł, nie trzeba go było do niczego namawiać. Kochał to, co robi i do dzisiejszego dnia tenis sprawia mu bardzo dużo przyjemności. Wystarczy spojrzeć na jego reakcje po wygranym meczu. Jest już przecież poważnym facetem, a cieszy się jak nastolatek.

Cytat

Do dzisiejszego dnia tenis sprawia mu bardzo dużo przyjemności. Wystarczy spojrzeć na jego reakcje po wygranym meczu. Jest już przecież poważnym facetem, a cieszy się jak nastolatek

Skąd tak wielki profesjonalizm się wziął u syna? Całe środowisko tenisowe stawia go za wzór treningu, odżywiania się, stylu życia.

Od samego początku przykładał się do treningów, traktował je sumiennie. Gdy widział, że coś mu pomaga w osiągnięciu celu, to z uporem to realizował. W sporej mierze jako tenisistę ukształtował go pobyt w Stanach Zjednoczonych. Spotkał się tam z najwyższym poziomem treningu tenisowego.

Powiem panu szczerze, że ta jego do bólu solidność czasami nas denerwuje. Gdy Łukasz przyjeżdża na święta, na dzień, czy dwa, to zawsze musi znaleźć czas na to, by pójść pobiegać, czy pojechać na salę poćwiczyć. Z żoną dostajemy wtedy nerwówki. Moja małżonka chce podawać jedzenie, a Łukasz na to: "Mama, musisz poczekać, bo jeszcze muszę iść na trening."

Znamy Sportowca Stycznia! Wybraliście Łukasza Kubota

Łukasz Kubot wygrał głosowanie na Sportowca Stycznia w plebiscycie RMF FM i portalu Interia.pl. Zwycięzca deblowej rywalizacji w wielkoszlemowym Australian Open nie dał rywalom żadnych szans. Zgromadził 39,75 proc. waszych głosów. czytaj więcej

Czyli nie odpuszcza nawet w Boże Narodzenie?

Nie, zawsze musi zaliczyć swoje zajęcia, bo jest profesjonalistą w każdym calu. Czasem to denerwuje nie tylko nas, ale wszystkich, którzy są blisko niego. Wie pan, kończy się mecz, wszyscy czekają z kolacją, a on idzie na masaż i znowu przez godzinę trzeba go wyglądać. Ogólnie jednak cenimy i szanujemy te jego przyzwyczajenia, obowiązki. One przecież pomagają Łukaszowi.

No bo efektami tego wszystkiego jest ćwierćfinał Wimbledonu, czy wygrany debel w Australian Open.

No właśnie. Łukasz bardzo długi okres poświęcił na dojście tam, na tenisowe szczyty. Sporo czasu musiało minąć, zanim stać go było na zatrudnienie trenerów i innych specjalistów. Dopiero teraz syn zbiera owoce tej pracy.

Ktoś może powiedzieć, że kariera syna jest już u schyłku, ale w wypadku Łukasza barierę, w której kończy się uprawianie sportu, trzeba przesunąć do góry. Nie tylko z uwagi na to, że prowadzi się niezwykle profesjonalnie, lecz też nie był zbytnio eksploatowany na turniejach we wcześniejszej młodości, gdy miał 19-20 lat. On spokojnie trenował, a nie mordował się kilkoma meczami w tygodniu. Na dodatek Łukasz ma dar łączenia pracy z zabawą. Gra w tenisa jest wciąż dla niego dużą przyjemnością.

Wyjazd do Pragi był dobrym pomysłem, bo z domu stosunkowo blisko, a jednak warunki pracy i kontakt z fachowcami bardzo dobre?

Nastąpiło kilka zbiegów okoliczności. Przecież po powrocie z USA syn przez długi okres trenował w Austrii. W związku z tym, że sponsor jego klubu skoncentrował się na piłce nożnej, padła propozycja wyjazdu do Pragi. Ten układ zaproponował mu trener Janda, dzięki niemu miał okazję grać i trenować z wieloma czeskimi tenisistami. Od tego się zaczęło i w ten sposób syn w Pradze spędził już osiem lat.

Kiedy po raz pierwszy dotarło do pana, że syn będzie mógł żyć z tenisa i pomyślał pan: "Fajnie, Łukasz wybrał słuszną drogę"?

Przełom nastąpił w wieku 14 lat. ITF organizuje cykl turniejów w Europie, na które są zapraszani najzdolniejsi. W tym okresie Polska nie miała trenera kadry narodowej, a jeden z rodziców namówił mnie, abyśmy połączyli siły i wspólnie obsadzili te turnieje. Najpierw na dwa i pół tygodnia ów rodzic zabrał swego syna, a później myśmy pojechali z Łukaszem na taki sam okres czasu. Cała śmietanka tenisowa brała udział w tych turniejach. W Paryżu Łukasz zmierzył się z najlepszym z tego grona zawodnikiem, który się bardzo mocno rozbijał. Nazywał się on Guillermo Coria i przyjechał z Argentyny. Mocny był też David Nalbadian, ale Coria przewyższał wówczas wszystkich czternastolatków. Na pięć turniejów ITF wygrał aż cztery.

W Paryżu Łukasz trafił na Corię i wygrał pierwszego seta! To była wielka sensacja. Do dziś mam przed oczyma zszokowanych dzieciaków, którzy otoczyli ten kort i nie mogli uwierzyć, że Corria przegrywa. Poznałem wtedy kilku trenerów, którzy troszeczkę otworzyli mi oczy i doradzili wyjazd syna na studia do Stanów, by tam uczył się i trenował. Wtedy do mnie dotarło, że tenis Łukaszowi może dać więcej, niż samą przyjemność.

Dopięliście swego, puściliście szesnastolatka na głębokie wody, za ocean. Nie było obaw, czy poradzi sobie z dala od rodziny? Jak z umiejętnością języka, bo nie zawsze jest to mocna strona sportowców z Polski?

Łukasz miał to szczęście, że mama jego koleżanki z podstawówki uczyła angielskiego. Owa mama zdeklarowała się, że za niewielką opłatę może uczyć te dzieci angielskiego po zajęciach lekcyjnych. Wszyscy rodzice przystali na to. Ta nauka języka trwała już od pierwszej klasy. W ten sposób, zanim dzieciom w czwartej klasie doszedł rosyjski, znały już postawy angielskiego.

Czternastoletni Łukasz na turniejach ITF zaskakiwał mnie, świetnie radząc sobie z angielskim. Przybysze z bloku wschodniego posługiwali się tylko po rosyjsku, a cały zachód po angielsku. Łukasz między nimi robił za tłumacza.

Łukasz w tamtym okresie swe zdolności językowe szlifował nie tylko w szkole, ale również na treningach, gdyż prowadził go wówczas trener z Ukrainy, który posługiwał się wyłącznie rosyjskim. Wszystkie dzieci trenujące z nim musiały się bardzo szybko nauczyć tenisowego słownictwa w tym właśnie języku. Z dumą mogę powiedzieć, że syn jest poliglotą, który płynnie włada pięcioma językami. W Austrii trenował przez cztery lata, więc nauczył się niemieckiego. Angielski opanował świetnie, bo to najbardziej powszechny w świecie tenisa język, w związku z tym, że w Czechach mieszka, na też czeski, no i nasz ojczysty - polski język. Do tego dochodzi rosyjski.

A co z tą rozłąką, gdy wyjeżdżał do USA? Nie było jeszcze Skype'a i innych komunikatorów, by mieć stały kontakt wizualny z rodziną, choć i to nie zastąpi obecności człowieka w domu.

Cytat

Tenis nie była fanaberią rodziców, tylko jego autorskim pomysłem na życie. Był co do niego całkowicie przekonany.

Nie było z tym problemów, choć Łukasz opuszczając dom miał dopiero 16 lat. Była cały czas nastawiony na rozwój kariery, na wynik. Tenis nie była fanaberią rodziców, tylko jego autorskim pomysłem na życie. Był co do niego całkowicie przekonany. Syn był zawsze dojrzały. Mając 10-12 lat nie miał żadnego problemu, by bez rodziców podróżować autobusem na krajowe turnieje.

Jak państwo znosicie to, że w związku z ciągłymi podróżami od dobrych kilkunastu lat rzadko kiedy macie syna w domu? Pewnie dla małżonki musiało być to bolesne?

Szczególnie żona tęskniła i nadal tęskni. Dlatego na mecze w ramach Pucharu Davisa stara się towarzyszyć synowi. Zresztą Łukasz również, kiedy tylko może, wraca do domu. I bardzo dużą wagę przywiązuje do zajęć fizjoterapeutycznych. Staramy się być jak najczęściej w kontakcie, rozmawiamy przez Skype'a, ale wiadomo, że to nie zastąpi bezpośredniego kontaktu.

Jak ten sezon powinien się rozwinąć Łukaszowi? Paryż, Wimbledon, gdzie niesamowicie wysoko zawiesił sobie poprzeczkę?

Cytat

Sukces, dobry wynik, to wspaniała siła napędowa, niezastąpiona niczym motywacja.

Dla mnie jest ważne, aby Łukasz był cały czas w elicie. Ona mu daje komfort pracy. Sukces, dobry wynik, to wspaniała siła napędowa, niezastąpiona niczym motywacja. Samodyscyplina jest utrzymana na bardzo wysokim poziomie. Trumf w Australian Open daje synowi ten komfort, że bardzo wysoko będzie w rankingu deblistów. Ten wynik postawił Łukasza na najwyższej półce wśród deblistów. Przed igrzyskami w Londynie pofolgował sobie z deblem, żeby powalczyć dla Polski w singlu, ale wcześniej dwukrotnie był w najlepszej ósemce deblistów, wespół z Marachem. Z tego wynika, że w świecie deblistów Łukasz jest bardzo doceniany od dawna, a teraz jest już na topie i gdyby chciał się poświęcić całkowicie deblowi, to grałby z najlepszymi partnerami.

Rozmawiał: Michał Białoński, INTERIA.PL