Nasz kierowca spełnił obietnicę daną przed wylotem do Ameryki Południowej – tegoroczny Dakar ukończył w pierwszej „10”. Polak był siódmy, ale już się zastanawia nad tym, co zrobić, aby w przyszły roku być jeszcze szybszym.

Jakub Przygoński zajął 7. miejsce w klasyfikacji generalnej. /PAP/EPA/DAVID FERNANDEZ /PAP/EPA

Jakub Przygoński po powrocie z Buenos Aires nie krył zadowolenia. Rok temu debiutował w Rajdzie Dakar jako kierowca samochodu - wówczas zajął 15. miejsce. Tym razem był siódmy, a jego dobra jazda została doceniona. Usłyszałem, że według wykresów, które pokazywały pracę w aucie i to, jak wykorzystuję jego możliwości, zrobiłem największy progres w stosunku do poprzedniego roku - wyjaśnił Przygoński.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Polak był drugim najszybszym kierowcą Mini. Lepszy od Przygońskiego był tylko Argentyńczyk Orlando Terranova, który od niemieckiego zespołu X-Raid dostał najnowszy model Mini. Na pewno za rok chcę wrócić na trasę Dakaru. Biorąc jeszcze pod uwagę, że jadę coraz szybciej, rozwijam się, to szkoda by było nie wracać. Teraz jest moment na to, aby zastanowić się, co zrobić, aby za rok być jeszcze szybszym, jakim jechać samochodem i jak to rozwiązać - stwierdził Przygoński.

Tegoroczny Dakar zdominowali zawodnicy jadący w Peugeotach. Pierwszy był Stéphane Peterhansel, drugie miejsce zajął Sébastien Loeb, a trzecie Cyril Despres. Kolejne lokaty padły łupem zawodników jadących w Toyotach. Mini i Toyota są na tym samym poziomie, Peugeot jest z przodu, ale obecnie są tylko cztery rajdówki tej marki, które górują nad pozostałymi, a dwa pozostałe, jakie widzieliśmy na Dakarze, były awaryjne. Będę rozważał różne opcje, aby znaleźć się w najlepszym możliwym zespole i rywalizować o wyższe miejsca - powiedział Jakub Przygoński.

 Zakończony Rajd Dakar był zapowiadany jako najtrudniejszy w historii. Warunki zaskoczyły jednak samych organizatorów - z powodów pogody trzy odcinki zostały skrócone, a dwa odwołane. Pogoda jest elementem, którego nie da się przewidzieć. Deszcz niewątpliwie przeszkadzał nam wszystkim, ponieważ nasze pojazdy nie są przystosowane do jazdy w błocie. W jednym miejscu osunęła się cała góra i nie mogliśmy dojechać na biwak. Jechaliśmy prawie 21 godzin - powiedział Przygoński.

Dodał jednocześnie, że najtrudniej było na trasie 10. etapu, kiedy jego samochód zsunął się z urwiska. Pojazd przewrócił się na bok. To był przełomowy moment. Kiedy nasz pojazd wreszcie stanął na czterech kołach, zaczęliśmy naprawiać koło. W między czasie pękła tarcza hamulcowa. Na szczęście udało się ruszyć, ale trzeba jasno powiedzieć, że to wszystko odbywało się na dużej granicy szczęścia. Inni zawodnicy zachodzili  w głowę jak myśmy to zrobili. To była niesamowita przygoda, ale równie niezapomnianą chwilą była jazda na wysokości 4000 metrów nad poziomem morza. Maszyny nie miały siły jechać. Normalnie nasz pojazd jedzie 200 kilometrów na godzinę, ale na wydmach trzeba było jechać 150 kilometrów, a zdarzało się, że jechaliśmy 25 kilometrów.

Mimo tych wszystkich przypadków Jakub Przygoński zaznaczył: Dla mnie właśnie zaczyna się misja Dakar 2018.

(ag)