Bogusław Saganowski o bez wątpienia największa gwiazda polskiego beach soccera, choć za gwiazdę się nie uważa. Pod koniec kwietnia, po 11 latach, biało-czerwoni z Saganowskim w składzie zagrają na mistrzostwach świata. 40-letni zawodnik przyznaje, że po turnieju zakończy reprezentacyjną karierę. To już chyba ten czas. Ponad 250 meczów w reprezentacji robi wrażenie, ciągle jestem głodny, chcę grać, ale marzy mi się by zejść ze sceny kiedy jeszcze nikt nie mówi, że się męczę i gram na siłę - mówi "Boguś" w rozmowie z RMF FM.

Bogusław Saganowski /MARCELO SAYAO/EFE /PAP/EPA

Patryk Serwański: Po 11 latach Polska wraca na Mistrzostwa Świata w beach soccerze. Przed wami ostatni etap przygotowań. Grupę macie piekielnie trudną, ale jakie nadzieje wiąże pan z wyjazdem na Bahamy?

Tak, grupa jest piekielnie ciężka. To grupa śmierci. Brazylia nie przegrała od chyba 50 meczów. Tahiti to wicemistrzowie świata. Japonia też prezentuje bardzo wysoki poziom. Nie patrzymy jednak na to wszystko. Nasz awans to niespodzianka. I to dużego kalibru. Boimy się przeciwników, ale i oni nas się boją. Zadecyduje forma dnia i na pewno jeśli zagramy tak jak w eliminacjach to nie będzie się czego wstydzić. Zespół pokazał, że potrafi walczyć do końca. W eliminacjach pokonaliśmy między innymi bardzo wymagającą reprezentację Rosji. Jeżeli pokonujesz takiego rywala można być optymistą, wyjść i walczyć już na mistrzostwach świata.

Na pewno nasi rywale mają w porównaniu z nami łatwiej. Brazylijczycy mogą przygotowywać się na bieżąco na piasku - choćby na Copacabanie czyli wyjątkowym miejscu dla wszystkich sportów plażowych. Tahiti to też kraj pełen plaż i słońca. Dla was trenowanie na piasku przez większość roku oznacza wyjazdy i podróże.

Jeśli ktoś zaczyna uprawiać sport musi się liczyć z długimi wyjazdami z domu. Co do przygotowań oczywiście jesteśmy poszkodowani. Nie mamy odpowiedniego klimatu, czy hal, w których moglibyśmy trenować. Nie powiem, że termin mistrzostw jest dla nas kiepski, ale warto pamiętać, że w eliminacjach graliśmy we wrześniu. Po całym sezonie w Polsce. Byliśmy przyzwyczajeni do piasku, pogody. I wszystko wyszło nam niesamowicie. Pokonaliśmy ekipy teoretycznie mocniejsze od nas. Nie możemy jednak myśleć o tamtym sukcesie.

Teraz czeka nas inne zadanie. Pomaga nam PZPN. Byliśmy na przykład na tygodniowym zgrupowaniu w Hiszpanii choć ten piach nie był taki jak powinien, bo pogoda nie jest jeszcze optymalna. Teraz czeka nas dwumecz z Portugalią i będzie świetnym przetarciem przed mistrzostwami świata. Tak naprawdę oprócz mnie w kadrze jest jeden czy dwóch zawodników, którzy grali na Mundialu 11 lat temu. Dla reszty mistrzostwa będą wielkim przeżyciem. Dla mnie to będzie coś wyjątkowego, a co powiedzieć o mniej doświadczonych zawodnikach? Mistrzostwa na Bahamach. Już to miejsce brzmi wyjątkowo, bajkowo. To niesie ze sobą ogromny ładunek emocji. Dlatego nie możemy myśleć o rywalach tylko skupić się na sobie, na swoich przygotowaniach. Dużo zależy od naszych indywidualnych przygotowań. Każdy musi dbać o siebie - nawet jeżdżąc na głupim rowerze. To nie brzmi dobrze "głupi rower", ale ważne, żeby nogi były cały czas w ruchu. Musimy o dbać o formę, kondycję. Po powrocie z Portugalii mamy jeszcze niespełna 2 tygodnie do wylotu na Bahamy. Ten czas każdy z nas musi wykorzystać. Widzę, jak chłopaki pracują i to jest budujące.

Powiedział pan, że piach w Hiszpanii nie był jeszcze taki jak trzeba.

To było tak w przenośni. Za dwa miesiące nawet rano w Hiszpanii ten piasek będzie cieplutki, przyjemny. My na rozruchu mieliśmy zimny, niesympatyczny piasek. Kiedy łapią cię skurcze w stopy z zimna to uderzanie piłki nie przynosi przyjemności. Ale trudno. Mamy taki klimat i musimy sobie radzić w inny sposób niż choćby Brazylia, w której idealne warunki są przez cały rok. Dla nas ważne, by po meczu mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Pierwszy mecz na mistrzostwach zagramy z Japonią i to będzie kluczowe. Analizujemy na razie głównie tego rywala. Chcemy dobrze wejść w turniej, a potem powalczyć z Canarinhos i Tahiti i wyjść z grupy. 11 lat temu do awansu zabrakło nawet 26 sekund. Chciałbym teraz wyjść z tej grupy. To byłoby spełnienie marzeń. Wtedy może zdarzyć się wszystko. Liczę na to, że zrobię sobie prezent na zakończenie przygody z piachem.

Jest pan w kadrze od bardzo wielu lat. Co tu dużo mówić - jest pan gwiazdą polskiego beach soccera. Widzi pan, że ta dyscyplina zyskuje na popularności w Polsce?

To jest u nas sport sezonowy. Teraz przed mistrzostwami gramy więcej meczów, ale przygotowywać się musimy sami. Brakuje hali, na której moglibyśmy grać przez cały rok. W Sankt Petersburgu jest hala z podgrzewanym piaskiem. Tam mogą grać, trenować. W Rosji jest 800 klubów. U nas może ze 30. Bez miejsca do treningu ciężko rozwijać dyscyplinę. Nie jesteśmy rozpoznawalni jak duża, zielona piłka. I się z tym liczymy. Po awansie na mistrzostwa świata to trochę się ruszyło. Zainteresowanie wzrosło.

Ciężko pracowaliśmy na ten sukces i dalej musimy robić swoje. A co do mnie - nie czuję się gwiazdą. Cały zespół pracuje na to bym mógł strzelić bramkę. Na pewno szacunek i zawsze się przed nimi pochylę, bo koledzy wykonują ogromną pracę by odzyskać piłkę. Trzeba się nabiegać, namęczyć. Ja muszę tylko to wykorzystać - podanie kolegi, rzut bramkarza. Długo już jestem w tej kadrze i pora zrobić miejsce młodszym kolegom jak Filip Gac. On ma 21 lat, ja 40. Przyjemnie byłoby skończyć karierę w reprezentacji właśnie na takiej imprezie jak mistrzostwa świata na Bahamach. Chciałbym i mam nadzieję, że zagramy tam dobrze i zakończę grę w kadrze dobrym akcentem. Zostawię to wszystko w dobrych rękach i skupię się na grze w klubie w Polsce.

To już chyba ten czas. Ponad 250 meczów w reprezentacji robi wrażenie, ciągle jestem głodny, chcę grać, ale marzy mi się by zejść ze sceny kiedy jeszcze nikt nie mówi, że się męczę i gram na siłę. Gra na piasku daje mi radość, spełnienie, ale nadeszła pora by coś zmienić. Mam nadzieję, że młodsi koledzy będą mieli lepiej i łatwiej niż my. Liczę, że dyscyplina się rozwinie choćby jak siatkówka plażowa. 

(ph)