„Artur Hajzer budził szacunek i był wzorcem dla młodych” – mówi w rozmowie z RMF FM himalaista Jerzy Natkański. „Jego obecna działalność w górach nie kończyła się na prowadzeniu wypraw. Był bardzo silny. Wpajał młodszym zasady i przekazywał im swoje olbrzymie doświadczenie” – podkreśla.

Patryk Serwański: Pierwsze wnioski ekspertów są takie, że błąd techniczny pana Hajzera mógł spowodować, że on odpadł od kuluaru i zleciał. Jak pan to ocenia po swojej rozmowie z Marcinem Kaczkanem?

Jerzy Natkański, Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki: Przyczyn mogło być wiele. Trzeba pamiętać, że działo się to podczas wichury. Oni się cofnęli w połowie drogi na szczyt z obozu trzeciego właśnie z powodu huraganu, który nie pozwalał im na wspinanie się w kierunku szczytu. Niesprzyjające warunki zewnętrzne i stres spowodowany tym, że Artur sądził, iż Marcin poleciał i zginął - też mogły mieć znaczenie. Mogły być jakieś czynniki zewnętrzne: bryła lodu, która uderzyła w momencie przepinania się czy w momencie, kiedy Hajzer jeszcze nie był wpięty do poręczówki. Mógł być kamień, zerwana poręczówka... Hajzer zjeżdżał w stresie, mógł tego nie zauważyć. Mogło być wiele różnych przyczyn. Błąd mógł być spowodowany olbrzymim stresem i myślą o tym, że partner zginął.

A jakie pańskim zdaniem są kulisy tych wydarzeń? Mówiło się na początku o SMS-ie od Hajzera, że Kaczkan spadł. Teraz Kaczkan mówił, że to on widział, że spadał Hajzer i że jemu się nic nie stało. Jak to mogło wyglądać?

To się działo w zadymce, być może na jakimś załamaniu filara, wyjścia z kuluaru. Po prostu Marcin zniknął na jakiś czas i to było powodem wysłania takiej informacji. Chodziło o to, by ktoś może od dołu, od strony obozu pierwszego próbował podejść i sprawdzić, co się dzieje z Marcinem. Tak można wytłumaczyć to, że Artur sądził, iż on poleciał.

Od wczoraj używamy tego sformułowania kuluar, które jest mało zrozumiałe dla osób, które po górach nie chodzą. Proszę powiedzieć, co to oznacza w języku specjalistycznym?

To jest formacja wklęsła, taki rodzaj półrury, która jest na górze wąska, a na dole się rozszerza. Warunki tam były ciężkie, jeśli chodzi o samo podłoże. Było mało śniegu, sam lód i skała, duża stromość miejscami. Ten kuluar jest największą przeszkodą w zdobywaniu Gasherbruma I.

"Nie ma łatwych ośmiotysięczników"

Czy pan był na tej górze?

Nie, ja byłem na sąsiednim Gasherbrumie II, który jest dużo łatwiejszy.

A jaka jest opinia o tej górze? Bo komentarze, które się pojawiały, mówiły, że zejście nie powinno nastręczać jakichś ogromnych trudności dla tak doświadczonych osób. Mówię oczywiście teoretycznie, bo tu nie można mówić nigdy o pewności.

Wielicki: Rodzina zdecyduje - ściągać ciało Artura, czy zostawić w szczelinie i pochować

"To rodzina zdecyduje, co teraz z ciałem Artura Hajzera. Warunki jakie tam są czasem pomagają podjąć decyzję, co zrobić - ściągać ciało, czy zostawić w szczelinie i pochować. Myślę, że w najbliższych godzinach żona Artura Iza bardzo szybko podejmie tę decyzję, będąc w kontakcie z Marcinem... czytaj więcej

Nie ma łatwych ośmiotysięczników i trudnych ośmiotysięczników. Nie ma łatwych gór, nawet gór niskich. Trudności i zagrożenia obiektywne występują wszędzie. One są większe, oczywiście, w górach wysokich. Tam dochodzi kwestia wysokości, braku tlenu - to są te zagrożenia, które powodują, że ośmiotysięczniki są trudne. Można powiedzieć, że w idealnych warunkach pogodowych niektóre zdobywa się łatwiej, ale to nie znaczy, że one są łatwe.

Jaka jest procedura, jeśli chodzi o pochowanie Artura Hajzera? To kwestia przetransportowania tych zwłok do Polski czy pochowania go tam na miejscu?

Decyzję podejmie rodzina w Polsce. To ona zadecyduje, czy ma być pochowany tam na miejscu, czy będzie organizowany transport do bazy i później ciało będzie zabrane helikopterem. W tej chwili nie wiem, jaka jest decyzja rodziny. Dzisiaj w nocy wychodzi zespół do góry. On albo pochowa Artura w szczelinie, albo będzie go transportował do bazy.

Pan go dobrze znał?

Sądzę, że tak. Działaliśmy razem w zarządzie Fundacji Wspierania Alpinizmu Polskiego imienia Jerzego Kukuczki. Byłem z nim na dwóch wyprawach na ośmiotysięczniki. Mogę więc powiedzieć, że dobrze go znałem.

Jaki to był typ człowieka? Podczas wypraw był to koleżeński facet czy raczej ktoś zamknięty w sobie? Są tacy ludzie, którzy potrafią trzymać grupę w całości, integrować ludzi.

Rozpoczynając program Polski Himalaizm Zimowy określił pewne zasady, jakie były stosowane na wyprawach tego programu, na wyprawach unifikacyjnych - dwie z nich sam prowadziłem. Jeżeli chodzi o życie osobiste i bezpośrednie, był po prostu fantastycznym kumplem.

Czy program Polski Himalaizm Zimowy przy tych ostatnich tragediach, które się rozegrały, utrzyma się i będzie kontynuowany?

Program Polski Himalaizm Zimowy określa ramy organizacyjne naboru chętnych, kwalifikacji, unifikacji, wymagań wobec chętnych himalaistów, którzy chcieliby wspinać się zimą, próbować zdobyć te dwa ostatnie ośmiotysięczniki. On jest programem organizacyjnym, ale przecież próby zimowego wspinania się istniały wcześniej - poczynając od wypraw organizowanych jeszcze przez Andrzeja Zawadę poprzez wyprawę zimową na Makalu kierowaną przez Krzyśka Wielickiego i wyprawa Netia K2. Następne były wyprawy na Nanga Parbat od doliny Rupal 2007, Broad Peak 2008 i 2010, Artur brał w nich udział. One się odbywały, jak jeszcze tego programu nie było. Nie sądzę więc, że jeżeli przestaną istnieć ramy organizacyjne to nie będziemy chcieli podejmować tych dwóch wyzwań, które zostały, czyli wejścia na Nanga Parbat i K2 zimą.

"Artur był wzorcem dla młodych"

Wyjazd był prywatną inicjatywą obydwu wspinaczy. Czy w takiej sytuacji Polski Związek Alpinizmu powinien stworzyć jakąś komisję, aby dojść do tego, jak to wyglądało, porozmawiać z panem Kaczkanem, dopracować jakieś procedury?

W Polskim Związku Alpinizmu powoływany jest na bieżąco zespół bezpieczeństwa, który analizuje wypadki taternickie, alpejskie, himalajskie. Być może tutaj też będzie powołany. Trudno powiedzieć. Nie mogę się wypowiadać w imieniu Polskiego Związku Alpinizmu. Mieliśmy do czynienia z wypadkiem w ścianie. Być może oględziny uprzęży Artura i analiza tego, co mówi Marcin pozwoli na wysnucie dokładniejszych wniosków.

Dzisiaj przeczytałem, że pan Hajzer był łącznikiem między pokoleniami, które się wspinały. On z Jerzym Kukuczką zdobywał te pierwsze ośmiotysięczniki. Czy wśród pana młodszych kolegów i koleżanek wspinaczy było widać jakiś większy szacunek dla niego? Był jakimś wzorem dla tych młodszych z uwagi na to, że miał okazję wspinać się i uczyć od tych postaci, które są znane bardzo wielu Polakom?

Na pewno budził szacunek i był jakimś wzorcem dla nich, już przez sam fakt wspinania się w okresie tej złotej ery polskiego himalaizmu. Również jego obecna działalność w górach wysokich nie kończyła się tylko na prowadzeniu wypraw czy siedzeniu w ścianie. Był bardzo silny i wszyscy jeżdżący z nim akceptowali te zasady, które wpajał młodszym. Przekazywał im swoje olbrzymie doświadczenie.