​98 maratonów przebiegł w swoim życiu 73-latek z Wałbrzycha. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przygodę ze sportem biegacz rozpoczął w wieku... 53 lat. Witold Radke jest najlepszym przykładem, że biegać może każdy - niezależnie od wieku. Bieganie, które uratowało ciężko chorego na serce mężczyznę, zasugerował mu lekarz. Jego historię polecamy w związku z weekendowymi biegami w Katowicach. Zapraszamy na sobotni Mini Silesia Marathon o Puchar Radia RMF FM oraz niedzielny Silesia Marathon.

73-latek z Wałbrzycha przebiegł w swoim życiu 98 maratonów (zdj. ilustracyjne) /MTI /PAP/EPA

Bartłomiej Paulus: Dlaczego pan zaczął biegać?

Witold Radke: Skłoniła mnie poważna choroba serca, a właściwie to nie choroba tylko lekarz, który mnie prowadził. Doktor Roman Szełemej, kardiolog, który po prostu mnie prowadził odkąd trafiłem do szpitala. On mnie leczył, a potem zaproponował mi bieganie w formie takiego leku zastępczego. Zażywałem wtedy 36 różnych tabletek na dobę. Lekarz zasugerował, że tych lekarstw więcej nie może mi zapisywać do stosowania, bo one już coraz mniejszy skutek dają. Sam był kilka lat w Stanach Zjednoczonych na praktyce i tam zetknął się ze zjawiskiem joggingu, na początku jeszcze lat 70. Naukowcy to badali i wyszło im, że w przeciągu 20 lat o 30 procent spada śmiertelność na choroby układu krążenia. Związali to z joggingiem i dlatego to się tak rozprzestrzeniło. Doktor mi to zaproponował, sam nie bardzo w to wierząc.

Pomogło?

W przeciągu 9 miesięcy, po kolei, tabletki odstawiałem. W tym czasie doszedłem z tabletkami do zera.

Dziś pan wciąż biega. Nie tylko rekreacyjnie. Uczestniczył Pan we wszystkich maratonach organizowanych w europejskich stolicach?

To nie było takie proste. Pierwszy raz to nie mogłem przebiec stu metrów. Po stu metrach się zasapałem, powietrza nie mogłem złapać. Po tym pierwszym treningu byłem załamany. Następne to sobie tak wykombinowałem, że przestałem się za bieganie zabierać tylko zacząłem sobie chodzić. Najpierw tak średnio, później tak szybko. Wybrałem sobie pętlę pięciokilometrową. Były tam zbiegi i podbiegi. Po dwóch miesiącach coraz bardziej intensywnego chodzenia zacząłem zbiegać z górek. Później trochę siłą rozpędu po płaskim. Następnie wszystkie górki i płaskie odcinki. Na tej trasie było jedenaście podbiegów. Najpierw postanowiłem podbiec pod najłagodniejszy. Dzień później już chciałem wbiec na kolejny. Wtedy zobaczyłem, że już mogę biegać każdą trasę i właściwie każdy dystans. Najgorsze było przebiegnięcie tych 5 kilometrów. Teraz biegam nie tylko maratony, ale mam także biegi stukilometrowe.

Najpierw to bieganie było rekreacyjnie. Jednak od dzieciństwa mam w sobie żyłkę rywalizacji. Lubię z kimś rywalizować albo sam ze sobą. Zacząłem sobie zapisywać czasy tych moich prywatnych biegów. Starałem się coraz szybciej i szybciej. Później jak zobaczyłem, że mam możliwość tego maksymalnego biegu, a jeszcze nie wiedziałem, że w Polsce są biegi uliczne, bo to były początki, to na stadionie obok spotkałem biegaczy z numerami, którzy przygotowywali się do startu. To byli uczestnicy drugiego półmaratonu nocnego w Wałbrzychu. Szybko zapytałem się też czy ja mogę. Miałem jednak wielkie obawy. Bałem się, co będzie, jeżeli ja te 20 kilometrów będę biegł do rana. Okazało się, że wystartowało 31 osób, a ja byłem 24.

Który to był rok?

To było 20 lat temu. Wtedy zainteresowałem się, gdzie jeszcze takie biegi są. Postarałem się o kalendarz biegów i zacząłem startować, głównie w najbliższej okolicy. Później coraz dalej. To był bodziec do kolejnych intensywnych treningów. Po 9 miesiącach takiego biegania postanowiłem wystartować w maratonie. Maraton uszlachetnia każdego biegacza. Wcześniej słyszałem, jak starsi stażem biegacze opowiadali sobie o maratonach i postanowiłem raz spróbować. Pojechałem na Maraton Warszawski. Właściwie z duszą na ramieniu. Kompletnie nieprzygotowany.

Startowało wtedy około 600 osób. Ja byłem w połowie stawki. Byłem w euforii, że ten maraton ukończyłem, ale dosłownie krew z butów wylewałem. Koszulka z przodu to była cała jak u rzeźnika. Materiał obciera sutki, które trzeba zabezpieczyć - o tym nie wiedziałem. Buty muszą być większe, żeby przy uderzeniach nie robiły się pęcherze na palcach. W czasie biegu one pękają, robią się kolejne. Tak miałem w czasie tego pierwszego maratonu. Powiedziałem sobie - raz spróbowałem i na tym koniec. Wytrzymałem miesiąc. Czas mijał. Zapominałem o bólu. Coraz częściej wspominałem euforię związaną ze zbliżaniem się do mety tego maratonu.

Dziś ile ma pan już maratonów na swoim koncie?

98 maratonów. W przyszłym roku chcę przebiec setny maraton. Może nawet tu w Wałbrzychu uda się jakiś zorganizować. Pośród tych 98 maratonów 19 jest w Polsce i 79 zagranicznych. 46 w stolicach europejskich. Biegałem również w Północnej i Południowej Ameryce czy w Azji. W tym czasie zdobyłem koronę maratonów świata. Przebiegłem sześć największych maratonów na świecie: Berlin, Londyn, Nowym Jork, Boston, Chicago i Tokio. Teraz mi została jeszcze Afryka, Australia i Antarktyda. Co też mam nadzieję osiągnąć, jeżeli tylko zdrowie i pan Bóg pozwoli.

Biega pan codziennie?

Średnio to wychodzi 5 razy w tygodniu. Żeby maratony biegać, to nie trzeba jednak 5 razy ćwiczyć. Chyba, że ktoś liczy na dobry wynik. Uważam, że trzy razy w tygodniu wystarczy. Z tym, że jeden odcinek musi być dłuższy, w granicach 25 kilometrów. Nie z konieczności fizycznej, a psychicznej, żeby organizm się przyzwyczaił do długotrwałego i monotonnego biegu.

Czego życzy się biegaczowi przed startem w maratonie?

Połamania nóg. Ja tam wolę nie mieć nóg połamanych. Wolę, żeby pan Bóg strzegł mnie przed kontuzjami i żeby zawsze dobiegł do mety.

(MRod)