"Moim zdaniem negocjacje - szczególnie tak trudne jak te, dotyczące Brexitu - najlepiej prowadzić w warunkach pełnej dyskrecji, a nie na platformie publicznej" - mówi w rozmowie z korespondentem RMF FM Martin Wheatley, były prezes giełdy w Hong Kongu i były wiceszefem giełdy w Londynie. "Wszyscy na razie grają tak, jakby mieli asy w rękawie. Ale lepiej grać w te karty przy stole negocjacyjnym, a nie na politycznych mównicach" - uważa Wheatley.

Zdj. ilustracyjne /DANIEL LEAL-OLIVAS /PAP/PA

Bogdan Frymorgen, RMF FM: Od uruchomienia procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej minęło pół roku. Właśnie kończy się piąta runda negocjacji brexitowych w Brukseli, a rozmowy są w kompletnym impasie. Dokąd to wszystko zmierza?

Martin Wheatley: Brytyjską gospodarkę czeka trudny okres. Ekonomia potrzebuje pewnego gruntu pod nogami. Biznes - brytyjski i ten międzynarodowy - wymaga od rządu takiej pewności. Na przykład w postaci potwierdzenia, że po Brexicie nastąpi okres przejściowy, w którym Wielka Brytania zachowa częściowo przywileje członka Unii. Firmy spodziewają się takich gwarancji jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Ale nic na to nie wskazuje. Można się więc spodziewać, że te mobilne instytucje - w większości są to duże koncerny finansowe, które potrzebują dostępu do europejskich rynków - zaczną się przenosić z Wielkiej Brytanii na kontynent.

Do niedawna jeszcze Wielka Brytania miała nadzieję wkrótce rozpocząć rozmowy na temat przyszłych relacji handlowych ze Wspólnotą. Mówiono nawet o jesieni. To raczej mało prawdopodobne?

Delegacja unijna od samego początku stawiała sprawę jasno. Zaczniemy rozmawiać o handlu, ale najpierw należy rozstrzygnąć trzy najważniejsze kwestie: granicy unijnej, jaka po Brexicie przecinać będzie Irlandię, rachunku rozwodowego, jaki Wielka Brytania musi uregulować w Brukseli i statusu obywateli Unii Europejskiej, zarówno tych mieszkających na Wyspach, jak i Brytyjczyków przebywających na stałe w Europie. Żadna z tych kwestii nie została uregulowana. Wygląda na to, że Londyn nie słucha tego, co mówi Bruksela.

Nawet jeśli słucha, to nieuważnie. Premier Theresa May zasugerowała na przykład niedawno we Florencji, że Wielka Brytania gotowa jest wpłacić do unijnego kufra 20 miliardów euro. Bruksela oczekuje przynajmniej cztery razy tyle.

Theresa May faktycznie zasugerowała taką sumę, ale uzależniona ona była od ustalenia warunków okresu przejściowego, który miałby nastąpić po Brexicie. Tego okresu nie ma, więc rozumiem, że propozycja brytyjska także zniknęła ze stołu negocjacyjnego. Moim zdaniem negocjacje - szczególnie tak trudne jak te, dotyczące Brexitu - najlepiej prowadzić w warunkach pełnej dyskrecji, a nie na platformie publicznej.

O okresie przejściowym mówi Theresa May. Wspomina o nim Boris Johnson, minister spraw zagranicznych, ale Bruksela nie podejmuje tej pałeczki.

Myślę, że to jest teatr pozorów. Gdy przyjdzie właściwy czas, powstanie po Brexicie coś na kształt okresu przejściowego. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii to niezwykle trudna i skomplikowana operacja. Wszyscy na razie grają tak, jakby mieli asy w rękawie. Ale jak wspomniałem, lepiej grać w te karty przy stole negocjacyjnym, a nie na politycznych mównicach.

Bruksela uważa, że nie można nadal cieszyć się przywilejami członka Wspólnoty, jeśli się ją opuściło. A okres przejściowy właśnie to by zakładał.

To prawda, ale gdyby Wielka Brytania dokładnie sprecyzowała, na jakiej zasadzie chce opuścić Unię, wówczas rozsądne byłoby rozmawianie o okresie przejściowym. Ale domaganie się tego w chwili, gdy nie osiągnięto żadnego postępu w rozmowach, nie wróży sukcesu.

Nie ma wątpliwości, że wewnątrz brytyjskiego rządu panuje różnorodność opinii na temat Brexitu. Politycy kłócą się ze sobą. Pozycja premier May nie jest pewna. Jak wpływa to na negocjacje w Brukseli?

To osłabia brytyjskie szanse na osiągniecie pomyślnego porozumienia. Jak w każdych negocjacjach, byłoby idealnie, gdyby przy stole spotkały się dwie delegacje w pełni uprawnione do prowadzenia rozmów. Czujące wsparcie od góry. Tymczasem po stronie brytyjskiej panuje chaos. Wewnętrzne tarcia w gabinecie premier May w niczym nie pomagają. Wręcz przeciwnie. Ale potencjalnie możemy też być tego świadkami w Europie. Tam również możliwe są spory miedzy państwami członkowskimi Unii na temat Brexitu. Jeśli takie spory odbywają się w przestrzeni publicznej, podważa to wiarygodność ludzi, których zadaniem jest prowadzenie negocjacji.

Co się stanie, gdy negocjacje nie zakończą się porozumieniem, jeśli Wielka Brytania odejdzie od stołu. Co będzie to oznaczać dla brytyjskiej gospodarki?

Wówczas z dnia na dzień, brytyjskie firmy działające w Europie i europejskie, które prowadzą interesy w Wielkiej Brytanii, pozbawione zostaną podstaw prawnych, by nadal funkcjonować. Trudno przewidzieć, czy w przypadku tzw. twardego Brexitu znajdzie się margines tolerancji.

Co na przykład stanie się z połączeniami lotniczymi? Czy samoloty nadal latać będą na Wyspy i do Europy? Dziś spekulują na ten temat brytyjskie media.

To absolutnie słuszne pytanie. Wszystkie te kwestie są niezmiernie skomplikowane. Wydaje się to jednak nie do wyobrażenia, by europejska przestrzeń powietrzna została sparaliżowana do tego stopnia. Dlatego jakiś okres przejściowy, który pozwoliłby obu stronom na przyzwyczajenie się do realiów Brexitu i zminimalizowanie jego negatywnych skutków, na pewno się pojawi. Nawet w przypadku gdyby dotychczasowe unijne prawo przestało nagle obowiązywać Wielką Brytanię.


(mpw)