Donald Trump zabiegający o nominację Partii Republikańskiej na listopadowe wybory prezydenckie w USA, oskarżył w sobotę zwolenników pretendenta z Partii Demokratycznej Berniego Sandersa o wywołanie zamieszek, które doprowadziły do odwołania piątkowego wiecu miliardera w Chicago. Wcześniej nazwał demonstrantów "zbirami".

Donald Trump na konferencji prasowej /CRISTOBAL HERRERA /PAP/EPA

Piątkowy wiec Trumpa w Chicago został odwołany z powodu protestów i zamieszek pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami kandydata-miliardera, który obiecuje budowę muru na granicy z Meksykiem.

Zorganizowane grupy ludzi, wśród których było wielu zbirów, pozbawiły nas w Chicago prawa wynikającego z pierwszej poprawki (do konstytucji - przyp. red.) i zelektryzowały Amerykę! - napisał Trump na Twitterze. Pierwsza poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych zakazuje ograniczania wolności wypowiedzi i zgromadzeń.

Nagle, nie wiadomo skąd, rozpoczął się zaplanowany atak - powiedział Trump na wiecu w Dayton, w Ohio, w sobotę rano lokalnego czasu, nazywając przywódców protestu "profesjonalistami".

Trump stwierdził, że jego fani byli wyszydzani, atakowani przez tych ludzi, (...) niektórzy z tych ludzi reprezentowali Berniego, naszego komunistycznego przyjaciela. Teraz Bernie powinien powiedzieć swoim ludziom (...), by przestali - dodał miliarder.

W trakcie piątkowych zamieszek przed wiecem w Chicago zatrzymano pięć osób. Jedną z nich jest reporter CBS - wiodącej stacji radiowej i telewizyjnej w Stanach Zjednoczonych. Policja podała także, że rannych zostało dwóch funkcjonariuszy.

W wydanych komunikatach rywale Trumpa do nominacji Partii Republikańskiej, Ted Cruz i Marco Rubio, nazwali incydent "smutnym" i ocenili, że demonstranci powinni byli pozwolić na wiec.

Z kolei gubernator Ohio John Kasich, także konkurujący z Trumpem, powiedział dziennikarzom, że miliarder tworzy "toksyczną" atmosferę, która doprowadziła do wybuchu przemocy między jego zwolennikami a tymi, którzy dążą do konfrontacji.

(hk)