952 ustawy uchwalili posłowie podczas stu posiedzeń VI kadencji Sejmu. To rekord! Rekordowe było też jednodniowe posiedzenie Sejmu 5 grudnia 2008 roku. Tego dnia posłowie głosując podnosili ręce aż 438 razy. Z dwoma krótkimi przerwami głosowali 10 godzin, uchwalając m.in. budżet na 2009 rok. W kulminacyjnym momencie na sali było 428 posłów. Gdy głosowania kończyły się po północy, w ławach siedziało już tylko 368 posłów.

Podczas żadnego głosowania tej kadencji nie było 100-procentowej frekwencji. Nigdy na sali nie było wszystkich 460 posłów. Najbliżej ideału posłowie byli 25 lipca 2008 roku. Na sali było wtedy 449 posłów, a głosowano nowelizację ustawy o ochronie przeciwpożarowej. O frekwencyjnej mobilizacji można też mówić, gdy ważyły się losy senackich poprawek do ustawy o finansowaniu partii politycznych. W poselskich ławach udało się wtedy zgromadzić 446 osób. To była próba sił zwolenników i przeciwników ograniczenia budżetowej subwencji dla partii politycznych. Można powiedzieć "bliższa koszula ciału". Posłowie stawili się na Wiejskiej, bo od ich obecności zależało, ile pieniędzy dostaną ich partie.

Na drugim biegunie znalazły się: ustawa o ustroju sądów powszechnych, o systemie oświaty i nowelizacja ustawy o ratownictwie. Nad tymi projektami głosowało najmniej posłów. Ratownictwo medyczne zgromadziło na sali zaledwie 318 posłów, system oświaty zainteresował 276 "wybrańców" narodu, a o ustroju sądów decydowało 227 posłów. W tym przypadku tak niska frekwencja była efektem jednego z kilku w tej kadencji bojkotów podjętych przez PiS.

Legislacyjny ekspres i sejmowa zamrażarka

Najszybciej uchwaloną ustawą w tej kadencji był rządowy projekt dotyczący hazardu. Po wybuchu afery hazardowej z kilkoma wpływowymi politykami PO w roli głównej (Zbigniew Chlebowski, Mirosław Drzewiecki) partia rządząca musiała na gwałt ratować sytuację i przejąć inicjatywę. Następnym krokiem po personalnym trzęsieniu ziemi miało być nowe, drakońskie prawo likwidujące salony gry z "jednorękimi bandytami". To była pierwsza legislacyjna pokazówka i dowód na "akcyjność" działań rządu. Premier coś ogłasza - Sejm natychmiast się tym zajmuje i przyjmuje w trybie ekspresowym.

Projekt ustawy hazardowej wpłynął do Sejmu 12 listopada 2009 roku. Marszałek natychmiast nadał drukowi numer, co rozpoczyna legislacyjny bieg. Pierwsze czytanie projektu odbyło się 17 listopada, jeszcze tego samego dnia nad projektem pracowała odpowiednia komisja. Poprawkami zajmowała się przez cały dzień 18 i 19 listopada, tak by 19 późnym wieczorem projekt został uchwalony, a premier mógł ogłosić, że "rząd ogranicza patologię na rynku hazardu i chroni młodzież przed uzależnieniem od hazardu". Sukces.

Takim sukcesem w 2009 roku miał być też projekt ograniczający finansowanie partii politycznych z budżetu. Zakończył się spektakularną klapą, kłótnią w koalicji i uchwalaniem tej samej ustawy drugi raz w ciągu jednego dnia (!!).

Platforma na początku 2009 roku, z powodu kryzysu, chciała zamrozić na dwa lata subwencję. Kilka tygodni trwały targi z koalicjantem z PSL-u. Ludowcy, podobnie jak PiS i SLD, są zwolennikami subwencjonowania partii z budżetu. Gdy wydawało się, że w koalicji osiągnięto kompromis i jest zgoda co do zamrożenia finansowania na pewien czas, doszło do cudownej pomyłki posłów PSL-u, a jak mówią ludowcy - złamania umowy przez PO.

Wszystko za sprawą poprawki nieistniejącego już koła Polska XXI. Poprawka likwidowała całkowicie finansowanie partii z budżetu. Platforma poparła ten pomysł, choć uzgodniła z PSL-em jedynie zamrożenie finansowania. Głosy PO wspierające koło Polska XXI nie wystarczyłyby do przyjęcia poprawki, gdyby nie głosy 11 posłów PSL-u, którzy - jak tłumaczyli - zapatrzyli się na kolegów z PO. Przeszła więc poprawka całkowicie likwidująca budżetowe subwencje, na co PSL nie mógł się zgodzić i w kolejnym głosowaniu cały projekt - głosami PiS, SLD i PSL - trafił do kosza. Widmo kompromitacji zawisło nad Platformą - właśnie padł sztandarowy projekt PO: "Mniej pieniędzy dla polityków". By uniknąć klapy ten sam projekt zgłoszono do marszałka raz jeszcze i tego samego dnia przeprowadzono błyskawiczne trzy sejmowe czytania.

Prawie 300 projektów ustaw do kosza

289 projektów nie doczekało się finału. Na stronie internetowej Sejmu widnieją jako oznaczone na "zielono", z dopiskiem "Przed III czytaniem". I tego ostatniego czytania, a więc ostatecznego głosowania nad projektem już się nie doczekają. Trafią do kosza, bo wszystkie projekty - poza popartymi 100 tysiącami podpisów obywateli - ulegają dyskontynuacji. Praca nad nimi nie może zostać wznowiona przez posłów następnej kadencji. Niezależnie na jakim była etapie.

W znakomitej większości projekty, które trafią trafiają do kosza i nie doczekały się III czytania, to projekty poselskie, zazwyczaj projekty opozycji. Rekordzistką jest tu nowelizacja Karty Nauczyciela - projekt został złożony 21 listopada 2007 roku. Tego samego dnia do laski marszałkowskiej trafił poselski projekt o świadczeniach rodzinnych, ale ten doczekał się przynajmniej I czytania. Później trafił jednak do podkomisji, gdzie został zamrożony na 4 lata. Podobny los spotkał też inne poselskie projekty:

- o wielkopowierzchniowych sklepach (złożony 20.12.2007),

- o czynnościach operacyjno-rozpoznawczych (8.02.2008 - to akurat projekt posłów PO, którzy stracili zapał do kontrolowania służb specjalnych),

- o Trybunale Konstytucyjnym (16.01.2008),

- o Straży Ochrony Kolei (21.11.2007),

- o usługach detektywistycznych (26.05.2008),

- o licencjach prawniczych (31.01.2008) ,

- o miejscach pamięci narodowej (17.12.2007).

"Obywatele - pod dywan"

W kontraście do tych ekspresowych pozostają także obywatelskie projekty ustaw. Niestety trzeba to powiedzieć wprost - nasi parlamentarzyści ZIGNOROWALI w tej kadencji blisko 2 mln Polaków. Do stworzenia 19 obywatelskich projektów, które trafiły na biurko marszałka Sejmu potrzebnych było dokładnie 1,9 mln podpisów. Sejm zajął się tylko siedmioma z nich.

W mijającej kadencji posłowie przyjęli dwa obywatelskie projekty ustaw. Pierwszy z nich dotyczył parytetu płci. Projekt złożył komitet obywatelski "Czas na kobiety". W pierwotnej wersji projekt zakładał 50-procentowy udział kobiet na listach wyborczych do Sejmu. Po gruntownych zmianach skończyło się na 35-procentowym parytecie. Zmiany w ordynacji wyborczej już obowiązują.

Drugi przyjęty przez Sejm obywatelski projekt dotyczył obniżenia wieku obowiązku szkolnego. Związek Nauczycielstwa Polskiego chciał, by do szkół szły już sześciolatki. Zakładał również objęcie dzieci pięcioletnich wychowaniem przedszkolnym i przejęcie przez państwo obowiązku pokrywania kosztów prowadzenia przedszkoli. Ta ustawa została przyjęta wspólnie z projektem rządowym. Sukces ZNP jest więc połowiczny.

Niestety im dalej w las, tym coraz gorzej. Kolejnych pięć projektów posłowie odrzucili. Do kosza już w pierwszym czytaniu powędrowały dwa projekty o ustanowienie Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Identyczny los spotkał projekt zmian w kodeksie karnym. Chodziło o zaostrzenie prawa, między innymi w kwestii in vitro. Posłowie odrzucili również projekt dotyczący zmian w funkcjonowaniu spółdzielni mieszkaniowych. Kolejny obywatelski projekt, który powędrował do kosza, dotyczył aborcji. Głosowanie poprzedziła bardzo burzliwa dyskusja. Ostatecznie projekt przepadł w drugim czytaniu. Do jego przegłosowania zabrakło zaledwie sześciu głosów.

Posłowie w dalszym ciągu nie pochylili się nad dwunastoma obywatelskimi projektami ustaw. Najstarszy, dotyczący obniżenia wieku emerytalnego, leży w sejmowej zamrażarce marszałka od 15 stycznia 2008 roku. Skierowano go do pierwszego czytania, na tym jednak się skończyło i projekt kisi się w komisji. W analogiczny sposób "dojrzewają" również pozostałe projekty, z którymi nie wydarzyło się zupełnie nic poza skierowaniem do pierwszego czytania podczas prac Sejmu. Lista zignorowanych przez Sejm obywatelskich projektów ustaw jest długa. Posłowie nie mieli czasu zająć się:

- kwestią rozszerzenia katalogu osób uprawnionych do korzystania z ulg komunikacyjnych,

- zmianami w obliczaniu podatku dochodowego od osób fizycznych,

- znowelizowaniem przepisów dotyczących minimalnych emerytur,

- dwoma projektami zmian w systemie oświaty,

- uregulowaniem przepisów dotyczących parków narodowych,

- stopniowym podwyższaniem płacy minimalnej do 50 procent przeciętnego wynagrodzenia,

- nowelizacją przepisów o ochronie zwierząt,

- sprawą zachowania przez Skarb Państwa pakietu większościowego w Grupie Lotos SA,

- kwestią tzw. janosikowego płaconego przez Mazowsze,

- sprawą dotyczącą powrotu do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Przy całej wymienionej dwunastce figuruje status: sprawa niezamknięta.

Na szczęście zgodnie z prawem wszystkimi zignorowanymi, obywatelskimi projektami ustaw, będzie mógł zająć się sejm VII kadencji. Te projekty nie podlegają zasadzie dyskontynuacji. Na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich przepisy miały być jeszcze bardziej korzystne i miały zmuszać posłów do zainteresowania się projektami zgłaszanymi przez setki tysięcy obywateli. Miały. Niestety przygotowany przez Senat projekt zmian w ustawie (ale to chyba nikogo nie zdziwi) trafił do kosza. Posłowie nawet nie wysłuchali pierwszego czytania.

Dziewiętnaście obywatelskich projektów ustaw, które w tej kadencji trafiły do Sejmu to absolutny rekord. Dla porównania w IV kadencji, która podobnie jak ta trwała 4 lata, projektów było zaledwie jedenaście.

Zdaniem konstytucjonalistów, opieszałość posłów jest bardzo niebezpieczna i niszczy społeczeństwo obywatelskie.