Pomocy lekarskiej musiano udzielić prawie tysiącu osób, skarżących się na problemy z oddychaniem, spowodowane trującymi oparami z zakładów chemicznych koło Mosulu na północy Iraku, które - jak się podejrzewa - podpalili dżihadyści z Państwa Islamskiego.

Zdj. ilustracyjne /AHMED JALIL /PAP/EPA

Reuters informuje o tym w sobotę powołując się na źródła szpitalne w miejscowości Kajara, ok. 60 km na południe od Mosulu. Według tych źródeł pierwsi poszkodowani trafili do szpitala w piątek rano.

Pożar w zakładach chemicznych wybuchł kilka dni temu, w czasie, kiedy armia iracka wypierała z tamtego rejonu dżihadystów. Według sił amerykańskich zakłady podpalili dżihadyści.

Minister spraw wewnętrznych w regionalnym rządzie kurdyjskim Karim Sindżari powiedział w sobotę Reutersowi, że siły irackie zbliżyły się na odległość pięciu kilometrów do Mosulu - ostatniego wielkomiejskiego bastionu Państwa Islamskiego w Iraku. Przyznał jednak, że nie oczekuje, by bitwa o Mosul zakończyła się szybko. Wyraził przekonanie, że dżihadyści, których jest tam od 4 do 8 tys., będą stawiali zaciekły opór.

Państwo Islamskie opanowało Mosul w 2014 roku. Właśnie w tym mieście dżihadyści proklamowali kalifat na zajętych przez siebie obszarach Iraku i Syrii.

Sindżari wyraził przekonanie, że utrata kontroli nad Mosulem przez Państwo Islamskie będzie zarazem końcem owego kalifatu. Jeśli utracą Mosul, pozostanie im już tylko Ar-Rakka - powiedział. Ar-Rakka jest bastionem Państwa Islamskiego w Syrii. Będą musieli pójść do Syrii. Będą otoczeni na jednym obszarze - dodał Sindżari.

ONZ podkreśla, że w przypadku Mosulu konieczne może być zorganizowanie największych na świecie dostaw pomocy humanitarnej. Najczarniejsze scenariusze zakładają, że na skutek ofensywy około miliona osób zostanie wewnętrznymi uchodźcami. Szacuje się, że obecnie w Mosulu przebywa ok. 1,5 mln ludzi.

(az)