​"Ta katastrofa to moje drugie urodziny" - mówi Aneta Dziedzina z Krakowa. Była jedną z najciężej rannych osób w kolejowym wypadku pod Szczekocinami. Jej rehabilitacja trwa do dziś.

Posłuchaj poruszającej rozmowy Marcina Buczka z Anetą Dziedziną

Aneta Dziedzina trzy lata temu wracała pociągiem z Warszawy do Krakowa. To był czwarty przedział w pierwszym wagonie. Nie zostało z niego nic - został dosłownie sprasowany. Zapamiętała pisk, gwałtowne hamowanie, a potem ciszę, noc i rozgwieżdżone niebo. Straciła rachubę czasu. Życie uratował jej młody mężczyzna, który jechał w tym samym przedziale. Potem było wielotygodniowe leczenie w szpitalach. Miała pękniętą przeponę, uszkodzony kręgosłup i miednicę, złamaną nogę. Blizny zostały do dziś. Do dzisiaj także musi się rehabilitować. Teraz jest w sanatorium.

Mówi, że jest innym człowiekiem. Radość daje każda przeżyta chwila. Dalej jeździ pociągami. Niedługo po wypadku wsiadała do czwartego przedziału w pierwszym wagonie. Żeby udowodnić sobie, że da radę. Teraz już tego nie potrzebuje. Kiedy jedzie z Krakowa do Warszawy tam, w okolicy Chałupek, staje przy oknie i patrzy na to miejsce.

------------------------

Aneta Dziedzina: Ostre hamowanie, strasznie jasno, gwizd, a potem taka niewyobrażalna cisza i powiedziałabym, że spokój. Pół sekundy ciszy, a potem w zależności chyba od tego, jakiego kto jest wyznania i odporności psychicznej - albo wzywanie Boga albo przekleństwa. I tyle. Czarna, wielka dziura. Tak jak później to konfrontowałam z tym, co było w internecie, czy ze zdjęcia z katastrofy, to niewyobrażalne dla mnie było to, że wokół mnie było tak dużo ludzi, że była tak gigantyczna mobilizacja, bo mój świat się zamknął tylko i wyłącznie do czterech-pięciu osób, które są obok mnie i do gwieździstego nieba nade mną. I tysięcy ton żelaza i stali. Ktoś zadaje pytanie czy np. spadła mi walizka na nogę. A to jest tak, jakby się leżało na takim szrotowisku samochodów, wciśniętym gdzieś tam na sam spód.

Marcin Buczek: Długo leżała pani na torach?

Ja myślałam, że leżę 10 minut. Jak się mnie potem pytano, mówiłam może 15-20, bo sobie myślę, że niemożliwe, żeby pomoc tak szybko przybyła. Potem, gdy skonfrontowałam to z wydarzeniami i z osobą, która była ze mną w przedziale, okazało się, że byliśmy tam około dwóch, dwóch i pół godziny. Inaczej płynie czas chyba wtedy.

Pani leżała bezpośrednio na torach, na kawałkach blachy?

Trudno powiedzieć. Ja się nasunęłam na współpasażera, który siedział obok mnie. Za co byłam niezmiernie wdzięczna, bo mi było trochę cieplej od spodu. Później, jak się z nim spotkałam, to powiedział, że jest zadowolony. Mówi: Boże, uratowałaś mnie, bo mnie przykryłaś sobą. I jakoś to życie się tak toczyło szybko. Tak jak panu mówię - 15 minut. Ponoć od czasu do czasu traciłam przytomność, ale tego też nie pamiętam.

Ktoś zginął w pani przedziale?

Nie wiem. Mam z jedną osobą z tego przedziału tylko kontakt i ona na szczęście przeżyła i bardzo mi pomogła. Myślę, że na 100 procent bym nie przeżyła, dlatego że ta osoba raz - była wyszkolona, a dwa - wprowadziła coś niewiarygodnego - ogromny spokój w przedziale. Trudno to nawet nazwać przedziałem, ale tych osób krzyczących pytał: "jak masz na imię", "jak się nazywasz", "co ci dolega". Jak przyszły służby medyczne, to kierował akcją ratunkową. Ja miałam pękniętą przeponę w związku z czym nie mogłam w ogóle mówić, z trudem szeptałam do niego. Więc obawiam się, że gdyby nie on, to nie byłoby szans wezwania pomocy. Bo ja nie byłabym w stanie nawet krzyczeć.

Spotkaliście się później?

Tak, spotkaliśmy się.

Co mówi? Jak on to zapamiętał?

Najdziwniejszą rzeczą było chyba to, że idąc na to spotkanie myślałam, że spotykam się z kimś, kto mi niezmiernie pomógł, komu jestem niezmiernie wdzięczna, któremu chcę okazać radość i wdzięczność, a po drugiej stronie usiadł chłopak, który - okazało się - że jest tak samo poszkodowany jak ja. Nie mówię tu o wymiarze fizycznym, tylko mówię o tym psychicznym zniszczeniu, które jednak w takich katastrofach i udział w takim spektakularnym wydarzeniu zawsze ślad zostawia i właściwie nie wiem, czy ktoś był lepszy, gorszy, mniej poszkodowany. Byliśmy sobie nawzajem potrzebni i bardzo cenna jest dla mnie ta znajomość i ona trwa. Po wypadku byłam święcie przekonana, że wypadek nie zmienił mojego życia. Zmieniłam się. Jestem zupełnie inną osobą. Jutro jest 3 marca, będę świętować urodziny i proszę wierzyć mi, że to jest dzień, kiedy się urodziła nowa Aneta. Tak po wypadku i po takich wydarzeniach wszystko się zmienia - nabiera się dystansu, troszeczkę bardziej denerwuje otoczenie, przewartościowuje się multum rzeczy, a najtrudniejsze dla mnie jest to, że ja już nawet nie chcę być taka, jak kiedyś byłam, a otoczenie tego oczekuje.

3 marca 2012 we wsi Chałupki w pobliżu Zawiercia czołowo zderzyły się dwa pociągi. Zginęło 16 osób, prawie 160 zostało rannych. Przyczyną katastrofy był błąd dyżurnych ruchu, którzy wpuścili dwa składy na ten sam tor. czytaj więcej

Dosłownie to jest drugie życie dla pani?

Dla mnie to jest dosłownie drugie życie, ale na tyle komfortowe, że udało mi się zabrać ze sobą najcenniejsze osoby z poprzedniego życia, więc mogę powiedzieć, że to podwójne szczęście.

A ta zmiana wiąże się z czym? Inaczej się myśli, inaczej się podchodzi do niektórych rzeczy?

Jestem marketingowcem, to jest trudny temat dla mnie, bo marketing jakby wzbudza szereg potrzeb wśród konsumentów. Niech przykładem będzie to, że dla mnie teraz największą radością jest jak mi się zepsuł tłuczek do mięsa, że go mogłam naprawić i dać mu drugie życie. Czyli jakby ta strefa takiego konsumpcjonizmu w ogóle schodzi na dalszy plan. Jakby po raz kolejny nauczyłam się, że żyje się cudownie. Byłam na koncercie Bednarka i Bednarek śpiewa, że "szczęście to jest stan umysłu, a nie stan posiadania". Ja tego teraz doświadczam fizycznie. Szczęście to jest stan umysłu.

I to wypadek tak panią zmienił?

Tak. Wypadek nauczył mnie, albo dał mi odwagę, że mogę o tym powiedzieć, bo bardzo trudno jest teraz się sprzeciwić tym ogólnym trendom, które panują. Wpadamy w jakiś rytm, jakieś środowisko. Nie wiem, trzeba pędzić, bo kariera, bo rodzina, bo trzeba mieć samochód, itd. Ja tego nie muszę mieć. To jest ogromny komfort, ale też i trudna sprawa, bo mam świadomość tego, że czasem mogą mnie traktować jak dziwaka i niech pan nie myśli, że łatwo teraz powiedzieć te słowa na głos.

Ogląda pani zdjęcia z katastrofy? Wraca pani czasami pamięcią?

Teraz już nie. Jakieś pół roku po wypadku pierwszy raz patrzyłam na zdjęcia z katastrofy. Nie mają one dla mnie znaczenia, dlatego że jak powiedziałam na początku - to, co widzę na tych zdjęciach, to jest zupełnie inny świat niż ten, który ja pamiętam z samego zdarzenia. Natomiast byłam w Szczekocinach, byłam w miejscu katastrofy i wrócę tam.

Bo?

Bo mi się udało. Nie wszystkim się udało.

Co będzie dalej?

Jeszcze dwa tygodnie w sanatorium i normalne, zwykłe, proste życie. Takie codzienne, gdzie się je śniadanie, spotyka ze znajomymi, patrzy się, jak dziecko rośnie. Cieszę się ,bo tata jutro do mnie przyjeżdża. Chciałabym być taką mamą dla mojego dziecka, jak są rodzice moi dla mnie... Innymi słowy, jak pan pyta o plany na przyszłość - ja, która jestem absolutną planistką i wszystko mam zaplanowane w kontekście dnia - dzisiaj spotkanie z panem, potem idę na spacer, potem coś tam, potem coś tam - ale to są wszystko plany krótkoterminowe. W tych dalekosiężnych planach nie stawiam sobie żadnych wymagań. Żeby nie było gorzej i żebym miała siłę dalej cieszyć się tak życiem, jak mogę tego doświadczać teraz.

Wszystko od tego wypadku.

Przed wypadkiem też byłam optymistą, tylko jak panu powiedziałam - troszeczkę komercyjnym, troszeczkę wzorującym się na tym, co mówią środki masowego przekazu. Co nam sprawia szczęście, to tak będę szczęśliwa, jak to będę robić. A teraz są to rzeczy, które płyną absolutnie głęboko gdzieś z serca i z mojego przekonania. I ten taki ogromny komfort, że mogę wszystko i nie muszę nic.