„Spotlight” to nie jest film, którym się przechodzi do historii kina. To jest bardzo rzetelnie zrobione kino, bardzo ważny temat. Takich filmów w kinie amerykańskim jest mnóstwo - tak o tegorocznym werdykcie amerykańskiej Akademii Filmowej mówi krytyk filmowy Łukasz Maciejewski. "W przypadku Leonardo DiCaprio to jest trochę bardziej problematyczna nagroda. Nie rozumiem fenomenu, co się wydarzyło w ostatnich dwóch miesiącach, że właściwie wszyscy mówili tylko o DiCaprio" - dodaje Maciejewski.

Leonardo DiCaprio dostał Oscara za najlepszą rolę męską w "Zjawie" /MATT PETIT /PAP/EPA

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta: Jednak „Spotlight”. Czy ten wybór Akademii cię cieszy?

Łukasz Maciejewski: Miałem w tym roku dziwną sytuację, bo nie kibicowałem żadnemu filmowi, więc byłem dosyć zdystansowany do werdyktów. Wydaje mi się, że wiele osób nie chciało dać Oscara „Zjawie”. Było ciśnienie, wmawiano wszystkim, w tym mnie, że ta „Zjawa” jest filmem wybitnym – a nie jest. Jest filmem bardzo udanym, tak jak wiele innych filmów w tym roku. Natomiast „Spotlight” to też nie jest film, którym się przechodzi do historii kina. To jest bardzo rzetelnie zrobione kino, bardzo ważny temat. Takich filmów w kinie amerykańskim jest mnóstwo i myślę, że on się ciekawie odwołuje do kina społecznego lat 70. w kinie amerykańskim, do filmów Schlesinger, do filmów, które mówiły na ważne tematy, poruszane społeczne. Dla nas, dziennikarzy on jest też ważny, pokazuje czym jest etos dziennikarski, czym był, na czym polegała długodystansowość. Dzisiaj w tych czasach, kiedy naprawdę na nic nie ma pieniędzy, trudno sobie wyobrazić, że pracuje się nad jakimś materiałem pół roku, będąc na etacie. Mówimy o rzeczach przyziemnych, natomiast one są też ważne. To było niedawno, a patrzymy trochę tak, jak na archiwum, jak na film kostiumowy sprzed wielu lat.

Nagrody aktorskie: Leonardo DiCaprio w „Zjawie” i Brie Larson w filmie „Pokój”. Moim zdaniem, fantastyczna rola, chociaż może trochę szkoda Cate Blanchett i „Carol”, ale Brie Larson, przyznasz, że była kapitalna?

Tak. Zawsze się cieszę, gdy pojawia się nowe nazwisko i są jednoznacznie dobrze przyjęte. Nie ma kontrowersji. Larson to gwiazda kina niezależnego, „Pokój” też jest filmem niezależnym. Myślę, że zadomowi się na dobre i dołączy do tych świetnych dziewczyn, takich jak Emily Blunt, Jennifer Lawrence, dochodzi kolejna ambitna, inteligentna, jaśniejąca na ekranie postać, która ma jakąś niezwykłą charyzmę. Siła tego filmu polega na uwiarygodnieniu bardzo skrajnych stanów emocjonalnych i jej to się udało.

W przypadku Leonardo DiCaprio to jest trochę bardzo problematyczna nagroda. Nie rozumiem fenomenu, co się wydarzyło w ostatnich dwóch miesiącach, że właściwie wszyscy mówili tylko o Leonardo DiCaprio. Wielu wybitnych aktorów nigdy nie dostało Oscara i nikt się jakby aż tak nie upominał. Kiedy Leonardo zagrał w „Wilku z Wall Street” naprawdę wybitną rolę, też nie było afery, że on musi mieć Oscara, a tutaj mamy takiego Oscara za charakteryzację i za bardzo dobre aktorstwo. To jest naprawdę świetny aktor. On doskonale wie, jakie projekty wybierać, jest świadomy, jest utalentowany.
Znacznie ciekawiej jest w kategorii najlepszy aktor i aktorka drugoplanowi. Bo tu są niespodzianki. Rzeczywiście mało kto obstawiał kolejną postać ze Szwecji, czyli Alicię Vikander, za „Dziewczynę z portretu”. Bardzo interesująca aktorka, ja nie wiem, czy to jest wielka rola, ale ona się też ze swoją urodą, ze swoim egzotycznym trochę akcentem wpisuje w to, co Szwedzi dali kinu hollywoodzkiemu. Myślę oczywiście i o Grecie Garbo, i o Ingrid Bergman. Zobaczymy jak się ułożą losy Alicii. Bardzo ciekawy, nikt chyba nie stawiał na Marka Rylance’a. Mówiono właściwie: murowanym kandydatem był Sylvester Stallone, a jeżeli już ktoś inny, to był to Christian Bale za film „Big Short”. Dostał Mark Rylance i się cieszę dlatego, że mało osób w ogóle go rozpoznaje. To jest wybitny aktor teatralny nade wszystko, jeden z najlepszych aktorów brytyjskich teatralnych i miłośnicy teatru mogą go oglądać na co dzień w teatrach szekspirowskich. On słynie właśnie z ról szekspirowskich, ale i z dramatów współczesnych. Zagrał jedną, z najodważniejszych obyczajowo ról ostatnich kilkunastu lat, za którą był bardzo krytykowany. Tam pokazał absolutnie wszystko – chodzi o „Intymność”, słynny film Patrice’a Chéreau. To był właśnie Mark Rylance, który tam zagrał z Carry Fox w słynnych scenach erotycznych, bez dublera, w którym pokazane zostało wszystko, ale film był wysoce artystyczny, przypominam, to nie było kino pornograficzne.

W „Moście szpiegów” fantastyczna rola. Z rosyjskim akcentem. Po prostu cudny. To dobry wybór chyba?

Chciałoby się Sylvestrowi Stallone dać, bo on myślę bardzo na to liczył i wszyscy go gdzieś tam lubimy. To jest kawał historii kina i postać większa niż aktorstwo. To byłoby ukoronowanie kilkudziesięcioletniej już kariery.

Złoty Glob musi mu wystarczyć.

Musi mu na razie wystarczyć.

Dziękuję bardzo.

(mpw)