„Im szybszy jest samochód, tym lepiej” – mówi Jakub Przygoński, Mistrz Polski 2015 w Drifcie w rozmowie z reporterem RMF FM Maciejem Jermakowem. W tej dyscyplinie zdobywa się punkty za show – chodzi o agresję i ilość dymu – dodaje. Auto mistrza ma pod maską tysiąc koni. Ten sport jest jednak bezpieczny – twierdzi Przygoński.

Jakub Przygoński w rozmowie z Maciejem Jermakowem /Michał Dukaczewski /RMF FM

Samochód Jakuba Przygońskiego został zbudowany specjalnie na potrzeby mistrza. Ma pod maską tysiąc koni, 6-cylindrowy silnik i obowiązkowo napęd na tylne koła. Włożyłem w to dużo wiedzy technicznej i sporo serca - mówi zawodnik.

Auto zostało poszerzone o ok. 8 cm. Dzięki temu przednie koła mają duży skręt, auto ma lepsze rozłożenie masy i środka ciężkości - dodaje Przygoński.

Mistrz Polski w drifcie przyznaje, że ten sport jest bezpieczny. Zawodnicy muszą być bowiem wyposażeni m.in. w klatkę bezpieczeństwa, system gaśniczy, kombinezon i kask.  

Wypadki z poważnymi konsekwencjami dla startujących to rzadkość - dodaje. Najczęściej dochodzi do uszkodzenia samochodu czy barier na torze.

"Jazdę na granicy ryzyka" - jak mówi o drifcie Przygoński, można zacząć od starego, używanego auta z napędem na tylne koła. Ja zacząłem od auta za 2 tysiące - przyznaje.  

Bariera finansowa w przypadku tej dyscypliny jest jednak nieskończona. Przy dużej mocy trzeba mieć dobre opony, później napęd, skrzynia biegów itd. - wymienia zawodnik.  

Zobacz wywiad Macieja Jermakowa z Jakubem Przygońskim:


(dp)