"Przykro mi było patrzeć na konkurs skoku o tyczce z udziałem Ani Rogowskiej. Wolałbym tego nie oglądać" - powiedział po trzech nieudanych próbach zawodniczki SKLA Sopot na wysokości 4,45 metra trener Edward Szymczak.

Anna Rogowska (SKLA Sopot) jako jedyna nie zaliczyła żadnej próby w olimpijskim finale skoku o tyczce w Londynie. Mistrzyni świata z 2009 roku trzykrotnie bez powodzenia atakowała wysokość 4,45 m. "Jest mi zwyczajnie przykro" - powiedziała. Koniec kariery jednak nie wchodzi w grę. czytaj więcej

Wyznaję zasadę, że nie mówię źle o zawodnikach, z którymi miałem kiedyś okazję współpracować. To Ania ze swoim trenerem musi wyciągnąć wnioski z tego nieudanego konkursu. Z każdego startu trzeba się bowiem rozliczyć. Nie ulega wątpliwości, że przygotowania Rogowskiej nie przebiegały tak jak należy, ale wszystkiego nie można tłumaczyć kontuzjami - dodał Szymczak.

Wychowawca wielu polskich tyczkarzy uważa, że Rogowska rozpoczęła konkurs od właściwej wysokości. Ania miała pewne braki w przygotowaniach, zatem była w stanie oddać najwyżej pięć wartościowych skoków. Warunki na stadionie były przyzwoite, a 4,45 wydawało się odpowiednim pułapem. To nie była szarża, bo ta wysokość absolutnie znajdowała się w zasięgu jej możliwości. Rogowska właściwie rozpoczęła konkurs, ale niewłaściwie skończyła - ocenił Szymczak.

Polski szkoleniowiec twierdzi również, że próbom sopockiej zawodniczki sporo brakowało do ideału. Skok o tyczce jest techniczną konkurencją. Przygotowanie fizyczne jest istotne, ale nie można zapomnieć o najważniejszym elemencie, jakim jest technika. U Ani widać było wielką chęć i determinację, jednak pod względem technicznym trochę się pogubiła - przyznał były trener kadry.

Niepotrzebnie rozbudzone nadzieje kibiców?

Edward Szymczak przekonuje, że zawodniczka razem ze swoim szkoleniowcem niepotrzebnie rozbudziła nadzieje kibiców zapowiedziami wywalczenia miejsca na podium. Sam słyszałem ich deklaracje zdobycia medalu dla Polski i dla siebie. Może psycholog kazał im tak mówić, ale moim zdaniem to był błąd. Do takiej imprezy trzeba przygotowywać się w ciszy i spokoju, bez wygłaszania takich odważnych haseł. Wydaje mi się, że stwierdzenie "zrobię wszystko, co w mojej mocy" byłoby jak najbardziej na miejscu - stwierdził.

Szymczak zgadza się, że igrzyska w Londynie mogą zamknąć pewien etap w polskiej kobiecej tyczce. Monika Pyrek spędziła na skoczni prawie 20 lat. Wiem, że Ania nie zamierza kończyć kariery, bo planuje wystąpić w kolejnych igrzyskach. Życzę jej jak najlepiej, aczkolwiek biologii nie da się oszukać - zauważył jej były szkoleniowiec.

Sensacja na skoczni

W Londynie na najwyższym stopniu podium stanęła Amerykanka Jennifer Suhr, a dwukrotna mistrzyni olimpijska Jelena Isinbajewa zajęła trzecia pozycję. Byłem przekonany, że Rosjanka bez trudu sięgnie po swój trzeci złoty medal, a przy okazji otrze się o rekord świata. Wydawało mi się, że Jelena mogła co najwyżej przegrać tylko ze sobą, czyli nie zaliczyć pierwszej wysokości. Tymczasem Isinbajewa nie była zawodniczką, którą mieliśmy okazję wielokrotnie oglądać. W gronie medalistek nie widziałem także Kubanki Yarisley Silvy. To prawdziwa sensacja - zauważył Szymczak.

Poziom kobiecej rywalizacji bardzo jednak rozczarował szkoleniowca. Był to bardzo słaby i wręcz nudny konkurs. W niczym nie przypominał na przykład pięknego spektaklu, jaki mieliśmy okazję oglądać w 2004 roku na igrzyskach w Atenach. Tym bardziej żal, że słabości rywalek nie udało się wykorzystać Rogowskiej, bo żeby zdobyć złoty medal, nie trzeba było zbyt wysoko skoczyć - podsumował.