Czekali na decyzję prezydenta, winni piloci i naciskający na nich członkowie delegacji - w takich słowach rosyjska prasa opisuje ujawnione w Polsce stenogramy z czarnych skrzynek prezydenckiego samolotu.

Ujawniono dokonaną przez Międzypaństwowy Komitet Lotniczy w Moskwie transkrypcję rozmów z kokpitu prezydenckiego Tu-154 M, który 10 kwietnia rozbił się pod Smoleńskiem. Końcówka zapisu jest dramatyczna; uderzenie samolotu w drzewo od upadku na ziemię dzieli zaledwie 6 sekund. czytaj więcej

Dziennik "Kommersant"  próbuje udowodnić tezę, że podczas lotu piloci za pośrednictwem generała Andrzeja Błasika konsultowali swoje decyzje z prezydentem. Jednak dziennikarz "Kommersanta" ma tak nikłe pojęcie o języku polskim, że  twierdzi, że imieniem "Basia" dowódca załogi nazywał generała Błasika. Potem  rosyjski dziennikarz dodaje, że dowódca samolotu przeszedł już na oficjalny ton i nazywał generała Błasika "panem dyrektorem". Niekompetencja dziennikarza nie przeszkadza mu wyciągać wniosków o rzekomych naciskach, do jakich miało dochodzić w kabinie samolotu.

W podobnym kierunku zmierza artykuł "Gaziety , która sugeruje, że o wszystkim decydował polski prezydent. Dziennik pisze również o polskim nawigatorze, który miał używać radiowysokościomierza i dlatego maszyna znalazła się nad jarem 15 metrów poniżej wysokości lotniska Siewiernyj.

"Rossijskaja Gazieta" utrzymuje, że publikacja stenogramów rozmów w kabinie, w warunkach ostrej kampanii wyborczej może wpłynąć na sytuację polityczną w Polsce. Ta rządowa rosyjska gazeta twierdzi, że z tego powodu złamano poczynione w Moskwie ustalenia o niepublikowaniu otrzymanych od Rosjan dokumentów.