Dobrze mówimy po rosyjsku, nie mieliśmy nigdy językowych problemów w kontaktach z rosyjskimi kontrolerami lotów - mówi dowódca eskadry samolotowej Pułku Lotnictwa Specjalnego Bartosz Stroiński. Wcześniej Rosjanie zasugerowali, że polska załoga miała problemy z ich językiem.

Samolot zrobił jedno podejście i to wszystko. Potem zaczął lądowanie - tak sobotnie tragiczne wydarzenia w Smoleńsku opisuje kontroler lotów, który prowadził korespondencję z załogą polskiego samolotu. Paweł Pliusin w rozmowie z dziennikarzem portalu Life News zaznaczył, że były poważne problemy... czytaj więcej

Pułkownik Bartosz Stroiński był w Smoleńsku w zeszłą środę z premierem Donaldem Tuskiem. Samolot pilotował razem z Arkadiuszem Protasiukiem - kapitanem prezydenckiego Tupolewa, który zginął w sobotniej katastrofie.

Stroiński nie rozumie sugestii Rosjan i nie może się z nimi pogodzić. Moim zdaniem jest to - nie wiem, jak to nazwać - ściema. 7 kwietnia nie było najmniejszych problemów językowych, ja byłem dowódcą załogi, a drugim pilotem był Arek Protasiuk, świętej pamięci niestety. On prowadził korespondencję przy podejściu do lądowania. Nie było najmniejszych problemów - komentuje w rozmowie z reporterem RMF FM Krzysztofem Zasadą.

Pułkownik Stroiński dodaje, że lotnisko w Smoleńsku, choć mało komfortowe, nie mogło zaskoczyć polskiej załogi. Przygotowywała się do lotu i lądowania na tym konkretnym lotnisku - co więcej, znała topografię i warunki terenowe wokół pasa startowego. Ponadto kapitan Protasiuk lądował już na trudniejszych lotniskach, chociażby afgańskich.

Pilot nie lądowałby w Smoleńsku, gdyby kontroler stwierdził, że nie ma do tego warunków

Dowódca prezydenckiego Tupolewa nie lądowałby w Smoleńsku, gdyby pilot dostał z wieży kontrolnej jasną informację, że nie ma do tego warunków - mówi pułkownik Bartosz Stroiński.

Procedury są bowiem jasne: jeśli nie ma warunków do lądowania, żaden pilot nie zdecyduje się na taki manewr. Trudno jednak już dziś - gdy trwają prace komisji wyjaśniającej przyczyny katastrofy - stwierdzić, jak brzmiał komunikat kontrolerów lotu. Ostateczną decyzję zawsze podejmuje dowódca załogi. Jest jeden wyjątek: jeśli pogoda jest poniżej minimum lotniska, lotnisko powinno być zamknięte. Wtedy lotnisko nie istnieje w rozumieniu załogi i wtedy w ogóle nie wykonuje lotu na tych lotniskach - twierdzi dowódca eskadry samolotowej Pułku Lotnictwa Specjalnego.

Pułkownik Stroiński wątpi też, że ktoś z pasażerów mógł wpłynąć na decyzję dowódcy. Naciski często są różne, ale załoga jest tak wyszkolona, że nie poddaje się tym naciskom. Zawsze załoga jest na pokładzie i każdy chce żyć - podkreśla.

Tupolev nie mógł kołować nad lotniskiem

Według Stroińskiego, prezydencki Tupolev nie kołował nad lotniskiem. Zaznaczył jednak, że tak wnioskuje z relacji załogi rządowego samolotu Jak, który wylądował w Smoleńsku godzinę wcześniej niż Tupolev z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Według ich relacji, nie było dwóch podejść, było tylko jedno podejście, które się tak tragicznie skończyło - mówi Stroiński.

Przez radio na pokładzie Jaka mieli usłyszeć, że Tupolew podchodzi do lądowania, a następnie doszło do katastrofy.