Zaostrza się dyskusja wokół rządowego planu stopniowej likwidacji dzikiego obozowiska tysięcy imigrantów w Calais we Francji. Prefektura zapowiada, że do końca tygodnia zostanie tam zniszczona połowa namiotów i szałasów, w których koczują uchodźcy. Gwałtownie protestują jednak przeciwko temu organizacje humanitarne.

Obozowisko "Nowa Dżungla" w Calais /JULIEN WARNAND /PAP/EPA

Organizacje humanitarne oskarżają władze o "mydlenie oczu" opinii publicznej. Alarmują, że jedynym rezultatem zapowiadanej przez rząd akcji będzie drastyczne pogorszenie się warunków bytowych uchodźców. Działacze są pewni, że imigranci wrócą do Calais ze schronisk w innych regionach Francji, do których zostaną rozesłani, i będą koczować w zimie pod gołym niebem. Przedstawiciele organizacji Lekarze Bez Granic twierdzą, że rząd powinien zainstalować ogrzewane baraki dla wszystkich uchodźców w Calais, a nie tylko - jak dotąd - dla najbardziej potrzebujących.

Przeciwko rządowemu planowi protestują również władze miejscowości Grande-Synthe koło Dunkierki, gdzie istnieje inne dzikie obozowisko. Mer obawia się, że zacznie ono pękać w szwach, bo przeniesie się tam większość imigrantów wypędzonych z Calais. Ci ostatni chcą bowiem za wszelką cenę pozostać w rejonie Kanału La Manche, by próbować przedostać się do Wielkiej Brytanii.

Prefekt departamentu Pas-de-Calais Fabienne Buccio ostrzega natomiast, że decyzja o likwidacji dzikiego obozowiska zwanego "Nowa Dżungla" w Calais jest nieodwołalna. Zapowiada, że w razie potrzeby imigranci, którzy będą stawiać opór, zostaną usunięci stamtąd siłą. Wspierają ją okoliczni mieszkańcy, którzy przerażani są wzrostem przestępczości w całej okolicy.

Rządową decyzję popierają zarówno liderzy obozu prezydenta Francois Hollande’a, jak i przywódcy opozycji. Alarmują oni, że w przeciwnym razie "Nowa Dżungla", gdzie policja nie jest już w stanie zaprowadzić porządku, może stać się bastionem islamskich ekstremistów, którzy zaczną tam rządzić.

(abs)