"Nie mogłem nikogo uratować, wszyscy już nie żyją" - mówi korespondentowi AP ojciec 9-miesięcznych bliźniąt, które zmarły w wyniku ataku chemicznego w Chan Szajchun w Syrii. Na zdjęciu opublikowanym przez agencję widać mężczyznę tulącego do piersi swoje martwe dzieci.


"Biały dym pokrył miasto". Świadek opowiada o ataku chemicznym w Syrii

​Samolot armii syryjskiej, który we wtorek zaatakował miasto Chan Szajchun w prowincji Idlib, zrzucił trzy zwykłe bomby i jedną, po której niezbyt głośnym wybuchu powstała chmura białego dymu - mówi Syryjczyk, który obserwował atak z pobliskiego wzgórza. czytaj więcej

Abdel Hameed Alyousef stracił w ataku swoje 9-miesięczne bliźnięta - Ayę i Ahmeda. Zginęła także jego żona oraz kilkoro krewnych. 29-latek w rozmowie z korespondentem AP mówi, że gdy doszło do ataku, wyprowadził z domu dzieci i ich matkę. Przez 10 minut były przytomne, ale potem poczuliśmy odór - mówił zrozpaczony ojciec. Bliźnięta i żona mężczyzny zaczęły się gorzej czuć.

29-latek próbował sprowadzić pomoc dla rodziny. Niestety, dzieci i ich matka zmarły. Okazało się, że wśród śmiertelnych ofiar jest wielu krewnych mężczyzny - dwóch braci, dwóch bratanków i bratanica. Pożegnajcie się maleństwa, pożegnajcie się - tak skończył rozmowę z dziennikarzem mężczyzna.

Według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka we wtorkowym ataku z użyciem gazu trującego na Chan Szajchun zginęło 86 osób, w tym 30 dzieci; 160 osób odniosło obrażenia.

USA i inne kraje zachodnie oskarżają o atak chemiczny na Chan Szajchun siły syryjskiego prezydenta Baszara el-Asada. Damaszek zaprzecza. Z kolei sprzymierzeni z Asadem Rosjanie twierdzą, że ofiary śmiertelne były rezultatem zaatakowania przez syryjskie lotnictwo składu broni rebeliantów, w którym produkowana była broń chemiczna. Waszyngton odrzuca tę wersję. Twierdzi, że jest niewiarygodna.

AP

(mpw)