Małe, wyludniające się miasteczko Sutera na Sycylii znalazło sposób, by uratować się przed wymarciem. Miejsce młodych mieszkańców, którzy porzucili rodzinne strony w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, zajęła grupa kilkudziesięciu imigrantów - z Gambii, Nigerii, Pakistanu, Nepalu i innych krajów.

W miasteczku zamieszkała grupa kilkudziesięciu migrantów (zdj. ilustracyjne) /PANAGIOTIS BALASKAS /PAP/EPA

Osadza położona jest w trudno dostępnej części wyspy niedaleko miasta Caltanisetta. Początki jednak nie były łatwe. Panowała nieufność wobec kilkudziesięciu imigrantów.

Sutera to miasteczko emigrantów. W latach 60. zeszłego wieku miało ponad 5 tysięcy mieszkańców, teraz jest nas 1500. Młodzież wyjeżdża do pracy na północ Włoch i północ Europy - mówi burmistrz Giuseppe Grizzante.

Początkowo starsi mieszkańcy - a zostali w miasteczku niemal tylko oni- wyrażali wątpliwości i nie kryli obaw. Lecz w Sutera, w przeciwieństwie do reszty Włoch, gdzie migranci przebywają w ośrodkach i wielu odseparowanych jest od miejscowej ludności, od pierwszej chwili zastosowano metodę możliwie największej integracji. Władze gminy oddały do ich dyspozycji puste porzucone domy w historycznym centrum miejscowości. Jedni już znaleźli zatrudnienie, inni wykonują doraźne prace.

My w czasie naszych podróży zawsze mieliśmy nadzieję na to, że zostaniemy przyjęci w godny sposób. Teraz ja staram się, aby nasi goście stali się jak najbardziej niezależni - wyjaśnił dziennikowi „La Stampa” emerytowany nauczyciel liceum Mario Tona, wolontariusz i zarazem opiekun przybyszów.

Za przełomowy i zarazem symboliczny moment, który potwierdził powodzenie takiej formy integracji, uznano to, że przybysz z Nigerii jako „Mędrzec ze Wschodu” wziął udział w żywej bożonarodzeniowej szopce, przyciągającej co roku do miasteczka 15 tysięcy turystów.

(mpw)