W Polsce czuję się jak Rosjanka. Tutaj jak Polka. W naszym domu dzięki babci zachowała się tradycja polskich dań na święta - mówi naszemu korespondentowi RMF FM Wanda Seliwanowska mieszkająca Orenburgu, na granicy Europy i Azji, gdzie zaczynają się kazachskie stepy. Mieszka tam około tysiąca naszych rodaków...

Wanda Seliwanowska  jest potomkiem polskich szlacheckich rodzin Seliwanowskich i Strawińskich. Naszemu korespondentowi pokazuje liczące ponad 100 lat carskie dokumenty potwierdzające szlachectwo, po rosyjsku "dworiaństwo". Jej rodzina nie zdołała wyrwać się z ogarniętej rewolucją Rosji. Jako jedna z nielicznych w Orenburgu Polek była kilka razy w Polsce, jest założycielem organizacji "Czerwone maki", zbiera świadectwa o Polakach żyjących w okolicach Orenburga. Przekonuje, że mimo dziesięcioleci radzieckiego komunizmu i braku kontaktów z ojczyzną Polacy zachowali tu świąteczne tradycje.

Posłuchaj rozmowy z panią Wandą

W naszym domu piecze się makowiec - mówi naszemu dziennikarzowi. To dzięki babci zachowała się tradycja dań polskich - i na Wielkanoc, i na Wigilię. Na przykład karp w śmietanie przepisy polskich dań. Jak dodaje, tutaj czuje się Polką. Ale kiedy jestem w Polsce, czuję się trochę obca. Nie mam tych manier i nie potrafię tak dobrze mówić po polsku.

"Polska śni mi się prawie codziennie"

Polakiem - jak zapewnia - czuje się także Eugeniusz Harmida. Urodził się w Borsukach - wsi niedaleko Białej Podlaskiej  w 1928 roku. Ponieważ był prawosławny uznano, że nie jest Polakiem i w 1944 roku przymusowo repatriowano go do Związku Radzieckiego - opowiada naszemu dziennikarzowi.  Nigdy już nie zobaczył ziemi ojczystej, a mimo to pamięta i tęskni, jak mówi: Ta jego ojczysta Polska śni mu się prawie codziennie".

Pamiętam wszystko z dziecinnych lat, gdzie się urodziłem. Mogę czytać po polsku. Ale w Polsce nie byłem więcej niż 70 lat. Chciałbym ją odwiedzić, ale to już tylko marzenia - stwierdza ze smutkiem.

Orenburg miejsce zsyłek Polaków

Orenburg - założony na wysokim brzegu rzeki Ural, leży wśród stepu na granicy Azji i Europy. W połowie XVIII wieku stał się jednym z miejsc zsyłek Polaków. To tam trafili Konfederaci Barscy w 1772 roku, potem uczestnicy kolejnych polskich powstań.

Władza sowiecka szczególnie okrutnie zapisała się w historii miasta lat trzydziestych. W 1933 roku zamknięto kościół Matki Bożej Loretańskiej, przebudowując go na fabrykę. Najstraszniejsze jednak okazały się lata 1936 - 1937.

Stosunkowo niedawno, na przełomie lat 80. i 90., podczas wielkiej powodzi wezbrane wody rzeki ujawniły prawdę - fale wyniosły na powierzchnię kości rozstrzelanych potajemnie na azjatyckim brzegu ofiar terroru. Dziś ich szczątki spoczywają na cmentarzu ukrytym w głębi lasu, w miejscu zwanym Zauralnaja Roszcza. Wśród nich są setki Polaków.

Strach było być Polakiem

Lata 30. XX wieku, okres stalinowskiego terroru, to czas, gdy strach było być Polakiem. Nasi rodacy ukrywali swą narodowość. Sowieci rozstrzeliwali bowiem całe rodziny  "polskich szpiegów", ocalałe dzieci kierowali zaś do domów dziecka. Kilkaset z tych sierot uratował generał Anders, wyprowadzając je wraz z armią; pozostałe często do dziś nie wiedzą, kim byli ich rodzice, jakiej są naprawdę narodowości, gdzie żyją ich krewni.

W okresie II wojny światowej do obwodu orenburskiego znów przywożono Polaków, z Ukrainy, z ziem polskich zajętych przez Armię Czerwoną w 1939 roku, a także w 1944. Dobrowolnie przyjeżdżali  jedynie ci, którzy dążyli do tworzącej się w pobliskim Buzułuku Armii Polskiej gen. Władysława Andersa, ściągając z dalekich miejsc zsyłki.

Po zakończeniu II wojny światowej część Polaków dostała zgodę na repatriację. W pierwszym transporcie z Orenburga i Buzułuku w 1946 roku wyjechało do Polski 4300 osób. Dziś w Buzułuku pozostała tylko jedna Polka - schorowana pani Emilia Majewska. W całym obwodzie orenburskim mieszka dziś około tysiąca Polaków, którym udało się zachować w dokumentach stwierdzenie narodowości polskiej i prawdopodobnie dziesięć razy więcej osób polskiego pochodzenia.