Biegli psychiatrzy zbadali 27-latka, który w ubiegłą środę w centrum Kamiennej Góry uderzył siekierą 10-latkę. Cios był śmiertelny. Opinia specjalistów trafi do prokuratury najpóźniej w czwartek. Jeżeli okaże się, że jedno badanie nie wystarczy, by określić poczytalność mężczyzny w czasie ataku, śledczy złożą do sądu wniosek o czterotygodniową obserwację.

Samuela N. doprowadzany na przesłuchanie na komendzie policji w Kamiennej Górze /Aleksander Koźmiński /PAP

Samuel N. z wykształcenia jest fizjoterapeutą. W ostatnim czasie pracował jednak w lokalnych fabrykach. Stracił zatrudnienie. Urząd pracy odmówił mu pomocy. To miało doprowadzić do załamania, które zakończyło się tragedią na kamiennogórskim rynku.

Mieszkańcy dwudziestotysięcznego miasteczka, którzy znali mężczyznę mówią, że był spokojny i grzeczny. Był jednak dość wyobcowany i często nie słuchał innych - mówi jedna z mieszkanek, która poznała go w trakcie praktyk w miejscowym szpitalu.

Ci, którzy pamiętają go ze szkoły mówią, że już wtedy miał problemy.

Rodzice dużo od niego wymagali, ze względu na wyznanie był także szykanowany przez kolegów - powiedział naszemu reporterowi chłopak, który chodził do tej samej szkoły.

Jego problemy przekładały się na kontakty z rówieśnikami. W szkole zdarzały się bójki. Dużo od niego wymagali, bardzo dużo. Był wychowywany na kogoś wyjątkowego - tak o rodzicach Samuela N. mówią osoby, które pamiętają mężczyznę z czasów szkolnych.

Tuż po tragedii w miasteczku aż huczało od plotek, że w mieszkaniu 27-latka wisiał zestaw pasów różnej grubości. Mężczyzna miał być nimi karany w dzieciństwie zależnie od przewinienia.

(j.)