Pamiętam czasy, kiedy na Boże Narodzenie życzyliśmy sobie uniwersalnie i powszechnie: Wesołych Świąt. Wszystko skończyło się pewnego grudniowego dnia, 34 lata temu, po którym już wesołych Świat być nie mogło. I zaczęliśmy kombinować, życzyć sobie Spokojnych Świat, Zdrowych, Udanych, albo jeszcze jakichś. Mimo 26 lat "złotego wieku" naszych dziejów mam wrażenie, że do w pełni Wesołych Świat nie udało nam się wciąż wrócić. I w tym roku zapewne nie będzie inaczej.

zdj. ilustracyjne /PAP/Darek Delmanowicz /PAP

Wygląda na to, że życzenia Spokojnych Świąt będą w tym roku znów najpopularniejsze. Tym bardziej, że to życzenia w najlepszym tego słowa znaczeniu, ponad podziałami. Z jednej strony podpiszą się pod nimi ci, którzy nie mogą zasnąć z powodu odbywającego się na ich oczach i wbrew ich woli, noc w noc, gwałtu na demokracji. Z drugiej strony poprą je i ci, którzy podobnych, histerycznych głosów tych pierwszych słuchać już nie mogą. Kto wie, może więc to życzenie, choć wyrażane z różnych pozycji ideowych ma szansę nas połączyć? Gorąco do tego namawiam, bo tych Świąt naprawdę nie warto marnować na awantury. Zdaje sobie przy tym sprawę, że mówiąc wprost, łatwo nie będzie.

Zacznijmy od uświadomienia sobie jednej sprawy. Święta Bożego Narodzenia nie są dla współczesnych Europejczyków tak uniwersalnie pozytywnym przeżyciem, jak kiedyś. Pokazują to choćby wyniki analiz, opublikowanych ostatnio przez Michaela Mutza z Georg-August-Universität Göttingen na łamach czasopisma "Applied Research in Quality of Life". Badania subiektywnie odczuwanej jakości życia, czy też tak zwanego dobrostanu, przeprowadzono w okresach przed- i poświątecznym w 11 tradycyjnie chrześcijańskich, choć mocno już zlaicyzowanych krajach od Estonii i Węgier, po Portugalię i Wielką Brytanię. Znaczna część badanych przyznawała, że w okresie przedświątecznym odczuwają większy stres, niż normalnie, ich jakość życia się obniża i częściej odczuwają negatywne emocje, czy są przygnębieni.

Skąd taki efekt? Można oczywiście tłumaczyć, że winna jest gorączka przedświątecznych zakupów, przymus sprzątania, przygotowywania potraw, wreszcie niepokojące myśli przed spotkaniami z mniej niż bardziej lubianymi członkami rodziny, czy nawet samymi rodzicami, którzy nas nie rozumieją, oczywiste jednak, że przyczyna jest głębsza. Wyniki zebrane przez Mutza wskazują bowiem równocześnie, że znacznej części badanych te problemy w ogóle nie dotyczą. I tak jakoś się składa, że tej całej presji i stresu nie odczuwają... chrześcijanie, szczególnie ci uważający się za bardziej religijnych.

I tak Święta bogate w wymiar religijny pozostają tak magiczne, jak były kiedyś. Bez tego wymiaru, coraz częściej odbieramy zaś tylko przyklejony do nich, irytujący, natrętnie komercyjny przekaz. Na tle Europy w Polsce i tak jest jeszcze bardzo tradycyjnie, ale dla coraz większej rzeszy polskich nowoczesnych Europejczyków, to może sprawiać, że ich dyskomfort jest nawet jakby większy.

I tu przychodzi moment, w którym wypadałoby wzajemnie popatrzeć na siebie "ludzkim wzrokiem". Owszem, mnie samego irytuje od lat zwyczaj prowadzenia przez środowiska, "którym nie jest wszystko jedno" sezonowej wojny z Bożym Narodzeniem. Za krótkowzroczne i w gruncie rzeczy podłe uznaję te wszystkie namowy, by wyrwać się z domu i za wszelka cenę nie dać się zmusić do tradycyjnych odwiedzin u rodziny. Nużą mnie też kolejne rzekomo naukowe wrzutki a to o "ewangeliach" żony Jezusa czy Judasza, a to o kolejnych rzekomych grobach. Coraz częściej jednak myślę, a wspomniana praca mnie też do tego skłania, że reakcją powinno być może nie tyle oburzenie, ile swego rodzaju stanowcza łagodność. I praca u podstaw, by to co w polskim przeżywaniu Bożego Narodzenia najpiękniejsze pozostało i... przyciągało nadal.

No dobrze, a co z polityką? Przyznaję, że ekumeniczny nastrój nieco mi po ostatnich pokazach "tych, którzy chcą, by za wszelką cenę zostało, jak jest" opadł, ale dla dobra sprawy gotów jestem jeszcze trochę się postarać. Bo najwyraźniej staranie jest niezbędne, by mimo przeszkód jeszcze się do siebie odzywać.

Matthew Feinberg z University of Toronto i Robb Willer Stanford University przeprowadzili serię eksperymentów, które miały pomóc zrozumieć, w jaki sposób liberałowie i konserwatyści mogą próbować przekonywać się do swoich racji. Autorzy piszą o próbach przekonywania, nie zaś samym przekonywaniu bowiem, jak przyznają, te starania zwykle przynoszą dość ograniczone skutki. Wyniki tych badań, opublikowane na łamach czasopisma "Personality and Social Psychology Bulletin" wskazują jednak, że pewna szansa jest, jeśli wykażemy się odpowiednim poziomem... empatii.

W praktyce oznacza to, że nie jest ważne, z jakim przekonaniem wygłaszamy własne opinie. Większe szanse dania komuś do myślenia, skłonienia go do refleksji, przynosi okazanie wrażliwości na jego emocje i zdolności posługiwania się argumentami bliższymi jego systemowi wartości. Przykład? Proszę bardzo. Konserwatyści byli gotowi przyjaźniej spojrzeć na powszechny system opieki zdrowotnej, jeśli liberałowie przekonywali ich, że większa liczba osób nieubezpieczonych może przyczyniać się do rozprzestrzeniania chorób. Z kolei liberałowie wykazywali większe zrozumienie dla postulatu zwiększenia finansowania armii, jeśli konserwatyści uświadamiali im, że to oznacza większe szanse zatrudnienia i tym samym zmniejszenia nierówności społecznych.

Taka argumentacja jest oczywiście trudniejsza, niż powtarzanie naszych jedynie słusznych prawd, ale może uratować niejedno świąteczne spotkanie, jeśli mimo wszystko polityki uniknąć się nie da. Może też pokazać, że nam na sobie nawzajem rzeczywiście zależy. Warto spróbować. Wciąż przecież mamy szansę przeżycia najbardziej udanych Świąt Bożego Narodzenia w tym roku. A może coś z tej metody rozmowy zostanie nam i na po Świętach?