Ta rola była mu przeznaczona. Odkąd dowiedział się od dziadka o dramatycznej historii własnej rodziny z czasów II wojny światowej, zgłębia temat Holocaustu, pisze na ten temat wiersze. A teraz zagrał Szawła w poruszającym dramacie László Nemesa „Syn Szawła”, który pokazuje kilkadziesiąt godzin z życia więźnia obozu koncentracyjnego, członka Sonderkommando. Z Gézą Röhrigiem, aktorem, poetą, muzykiem i pedagogiem rozmawia Magda Miśka-Jackowska z RMF Classic.

Géza Röhrig /TAMAS KOVACS /PAP/EPA

Magda Miśka-Jackowska: Grand Prix w Cannes, Złoty Glob, nominacja do Oscara. Czy sukces tego filmu zaskoczył Was, twórców?

Géza Röhrig: Oczywiście, to była dla nas niespodzianka. Myślę, że to byłby błąd, gdyby robić film pod nagrody. W żadnym wypadku nie powinno się ich oczekiwać. I ten film nie powstał z tego powodu. Ale naprawdę  chcieliśmy, aby ludzie go zobaczyli. Chociażby w latach 70-tych było wiele węgierskich filmów, których twórcy wiedzieli, że nie będą pokazane na świecie. A mimo to, robili co w ich mocy, bardzo się starając i wierząc, że może pewnego dnia zostaną docenione przez szerszą publiczność. "Syn Szawła" nie został nakręcony po to, by jeździł po festiwalach, choć jego popularność bardzo mu pomaga. Dzięki nagrodom jest rozpoznawalny. Ludzie go kojarzą, mają szansę kupić bilet i zobaczyć film w kinie. Inaczej pewnie nikt by o nim nie usłyszał. Na Boga, to jest niskobudżetowa, węgierska produkcja! Tak łatwo mogłaby zniknąć...

Jak poznaliście się z reżyserem, László Nemesem?

Studiował w szkole filmowej w Nowym Jorku, to było w 2007 roku. Nigdy zresztą jej nie ukończył. A ja nigdy nie skończyłem aktorstwa. I w tym sensie ten film jest właściwie dziełem dwóch amatorów. Poznaliśmy się wtedy, w Nowym Jorku, spędziliśmy ze sobą trochę czasu, ale później on wrócił do Budapesztu. 5 lat później przesłał mi mailem scenariusz. To był bardzo przekonujący tekst. Sam go napisał. Jest więc nie tylko jest reżyserem, to w całości jego opowieść. Szybko zrozumiałem w trakcie czytania, że ta historia pokazana jest pod zupełnie innym kątem niż te, które znałem dotąd. Poczułem, że to nie będzie kolejny, sentymentalny hollywoodzki film, którym się nudzisz. I całe szczęście. Takie filmy zresztą mnie denerwują, bo nie są sprawiedliwe.

Myślisz, że współczesny człowiek wyciąga wnioski z tragedii Holocaustu? I czy potrafi potraktować te doświadczenia jako lekcję?

Nie, nie nauczyliśmy się niczego. To, co widzę, to ogromny postęp w nauce i technologii. Ale jeśli chodzi o człowieczeństwo, jesteśmy tak samo okrutni, jak byliśmy kiedyś.

Odnoszę wrażenie, że ten film jest dla Ciebie pewnego rodzaju misją. Bardzo dużo uwagi i wysiłku wkładasz w jego promocję, czuje się osobisty kontekst.

Ta misja wiąże się z historią mojego dziadka. On i jego brat przeżyli, ale jego rodzice, jego starsza, ciężarna wtedy siostra i jego młodszy, 11-letni brat umarli w Auschwitz. To znaczyli zostali tam zamordowani. Żyję tą historią odkąd skończyłem 12 lat i mój dziadek mi o niej opowiedział. Nigdy o niej nie zapomniałem. Mój pierwszy tom wierszy był o tym. Jednak ważne jest dla mnie to, aby mieć do tego wszystkiego zdrowe podejście, nie pielęgnować w sobie tragedii, nie badać naukowo Holocaustu i traumy. To wyzwanie, mieć takie normalne podejście, ale naprawdę ważne jest, aby nie nieść na swoich barkach ciężaru zagłady. Granica jest bardzo cienka. Z jednej strony jesteś zobowiązany do tego, by pamiętać, co się stało. Z drugiej strony, nie możesz pozwolić, aby to zdominowało twoje życie i aby stało się obsesją. Tak, mam misję. Zwłaszcza teraz, gdy jeżdżę od jednego kraju do drugiego, promując ten film. Myślę, że w Europie znów odradza się antysemityzm. Nie mówiąc już o islamskim ekstremizmie... Ale nasz film - z założenia - nie dotyczy tylko spraw Żydów. Okrucieństwo, idiotycznie manifestowane zło, które widzieliśmy w Holocauście, dalej między nami jest. Jest częścią człowieczeństwa. Ważne jest, aby przypominać sobie nawzajem, jak mali potrafimy być i co potrafimy robić innym.

"Syn Szawła" zabiera widza w najgorsze miejsca piekła, w sam środek zła, jakim był obóz koncentracyjny. Pokazuje, jak obcując ze śmiercią niemal w każdej godzinie, więźniowe w jakimś sensie się na nią uodparniali. Szaweł nie boi się śmierci. Kiedy szuka rabina, aby pochować w obozie małego chłopca zgodnie z religią żydowską i naraża innych na niebezpieczeństwo, nie widzę w nim strachu. Walczy o resztki człowieczeństwa, a jednocześnie jest go tak bardzo pozbawiony.

Zrobiliśmy ten film po to, aby ludzie zrozumieli, że 6 milionów zabitych to zbyt duża liczba, aby coś wobec niej poczuć. Ale można poczuć coś w obliczu historii jednej osoby. Jeśli nie poczujesz nic wobec jednego człowieka, nie zrozumiesz nigdy tragedii tych 6 milionów. Dlatego sprowadziliśmy wszystko do opowieści o jednym człowieku. Holocaust jako zbiorowy dramat był zbyt wielkim tematem. Stworzyliśmy dla widza podróż wokół konkretnych emocji. Myślę, że to miało sens. Polacy, tak jak Żydzi, wycierpieli niewiarygodnie dużo przez nazistów. To, co przeżyliście, jest dziś ważną częścią polskiej świadomości. Ważne, aby o tym mówić, szczególnie w tej części Europy. Wiesz, że co trzecia ofiara Auschwitz pochodziła z Węgier? Warto czasem oczyścić rany, nie zostawiać tego obojętnie za sobą. To część historii, w której obok dramatów są też wspaniałe chwile. Mogę też o nich mówić, bo byłem w Polsce w czasach Solidarności.

Studiowałeś w Polsce, wracasz tu od wielu lat. Mówisz jeszcze po polsku?

Kiedyś mówiłem naprawdę nieźle. Interesowała mnie zwłaszcza literatura. Najpierw zakochałem się w Stachurze. Tadeusz Borowski miał na mnie wielki wpływ. Eseje Miłosza, Tuwima... Ale nie tylko literatura, także jazz, teatr. Cenię sztukę Tadeusza Kantora. Jestem cały czas blisko kultury polskiej. Czuję się tu zresztą, jak w domu. Uważam, że to wspaniały kraj. Chciałbym zostać tu na dłużej.

Powstaje film o Kantorze. Może przyjedziesz zobaczyć?

Bardzo chętnie.

Magda Miśka-Jackowska