Karolak o superprodukcji "Bangistan": Siłą filmu jest scenariusz

Wtorek, 19 sierpnia 2014 (13:53)

"Przeczytałem scenariusz wnikliwie i uważam, że to jest siła filmu. To film o religiach; o tym jak my stereotypowo postrzegamy muzułmanów i hindusów. O tym, jak bardzo te religie, łącznie z chrześcijaństwem, są do siebie podobne" - mówi Tomasz Karolak, który w superprodukcji indyjsko- polskiej zatytułowanej "Bangistan", gra polskiego policjant.

Maciej Grzyb: To Pana pierwsza przygoda z Bollywoodem?

Tomasz Karolak: Wcześniej byłem w Indiach jedynie w celach turystycznych. Natomiast zawodowo - rzeczywiście - pierwszy raz, zupełnie pierwszy raz.

Czy nasze rodzime produkcje filmowe różnią się od tej?

Właściwie różnice są niewielkie. Mamy polskiego operatora, cała ekipa techniczna to są Polacy... Mamy więc ustalone, znane systemy pracy. Chociaż jest jedna ciekawostka: tutaj panuje kastowość na palnie, czyli jakby zupełnie inny system społeczny. Dla mnie to nowe doświadczenie, niesamowita przygoda, obserwowanie kompletnie innego świata, który ma swoje ustalone od setek lat reguły. Reguły, których nie do końca rozumiem. Ale to jest dla mnie najfajniejsze.

W Polsce rządzi reżyser, a tutaj ktoś inny?

Tutaj dużo do powiedzenia mają producenci. Ale też reżyser wie, czego chce. A ja myślę, że reżyser jest zakochany w europejskim i w dobrym amerykańskim kinie. I ciągnie w tę stronę - tak, abyśmy grali bardzo europejsko. Producenci z kolei chcą takiego trochę bollywoodziego kina - a więc pieśni, tańce, czyli to, co stereotypowo z nim kojarzymy. Myślę jednak, że wypracowali oni sobie taką wspólna drogę. Ja jestem po stronie reżysera, oczywiście.

Gra pan Polaka?

Gram polskiego policjanta, który inwigiluje mniejszość napływową pakistańsko-indyjsko-chińsko-wietnamską. Społeczność, która ma swoje ciemne interesiki, ale tak naprawdę marzy o tym, żeby złapać terrorystów. I oni w filmie w końcu przyjeżdżają.

Śpiewa pan czy mówi?

Mówię. Oczywiście, że mówię. Aktorzy, nie-Hindusi, grają w języku angielskim. To niesamowite doświadczenie. Ja wprawdzie miałem krótki epizod z kinem amerykańskim, ale dopiero teraz miałem okazję grać naprawdę duże sceny dialogowe. I byłem w niesamowitym stresie. Okazało się, że po dwóch, trzech scenach człowiek zaczyna się już w tym obracać i traktuje to jako zadanie aktorskie. Jest to rzeczywiście niezwykle ciekawe społeczne dla mnie przeżycie.

Specjalnie przygotowywał się pan do tej roli?

Nie. Ja w ogóle do żadnych ról się nigdy nie przygotowuję, ponieważ twierdzę, że będąc aktorem i grając różne postaci, nigdy od siebie jednak nie ucieknę...

Przeczytałem scenariusz wnikliwie i uważam, że to jest siła filmu. To film o religiach; o tym jak my stereotypowo postrzegamy muzułmanów i hindusów. O tym, jak bardzo te religie, łącznie z chrześcijaństwem, są do siebie podobne. Jest taka fantastyczna scena finałowa... której nie mogę za bardzo zdradzić... kiedy przedstawiciele różnych religii pomagają sobie w obliczu zagrożenia. Nagle robi się wielka scena o tym, że wszyscy wierzymy w jakieś dobro. I to jest niesamowite w tym filmie.

Filmy z pana udziałem oglądało może z kilkadziesiąt milionów osób. Tu mamy sytuację, że tę produkcję może zobaczyć nawet pół miliarda ludzi na świecie.

Tak, powiedział mi to reżyser na pierwszym spotkaniu w maju, kiedy niezobowiązująco spotkałem się z nim, by porozmawiać o roli. A mam zaszczyt i przyjemność grać największą rolę z polskich aktorów tutaj. Ale wracając do rozmowy z reżyserem. On mi powiedział na wejściu, że film obejrzy 300 milionów ludzi, i to w pierwszym otwarciu. Chociaż film jeszcze nie powstał, to już ma plakat i jest promowany w Indiach. Aktorzy, którzy tutaj grają, są bardzo znanymi gwiazdami w Indiach.

Największe hity Hollywood nie mają takiej widowni.

Któregoś wieczora, kiedy kręciliśmy w Krakowie, podszedł do mnie jeden z producentów i mówi: "Tomek, nie zapominaj, że w naszym kraju żyje miliard 200 milionów ludzi i kina działają 24 godziny na dobę..." A ja na to: "Aha, no rzeczywiście". To jest niesamowite, jaki to jest rynek. Kino jest tam chlebem powszednim. Tam bez kina ludzie nie mogą po prostu żyć. To nie jest tak jak u nas, że idziemy do kina w sobotę czy niedzielę, bo mamy weekend. Tam ludzie są w kinie 24 godziny na dobę. W zależności od kast. I to jest niesamowite.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kultura

Maciej Grzyb