​Słynny aktor Daniel Day-Lewis zapowiedział, że odchodzi na emeryturę. Przestanie występować na ekranie i scenie po zakończeniu filmu, nad którym obecnie pracuje. Poinformował o tym jego agent. Podziękował jednocześnie w jego imieniu widzom i ludziom, z którymi Day-Lewis występował w swojej karierze.

Daniel Day-Lewis /Matt Crossick /PAP/EPA

Komentatorzy zauważają, że odchodzi u szczytu sławy. W wieku 60 lat osiągnął w aktorstwie wszystko, co było do zdobycia. Jest jedynym bohaterem dużego ekranu, który może pochwalić się trzema statuetkami Oskara z pierwszoplanowe role filmowe. Jest przy tym niezwykle prywatną osobą, rzadko mówi o sobie i wątpliwe by zechciał rozmawiać o swej emeryturze z dziennikarzami.

Daniel Day-Lewis ma podwójne obywatelstwo, brytyjskie i irlandzkie. Jest bardzo związany z irlandzką kulturą, a jego udział w takich filmach - jak na przykład "W imię ojca", który traktował o konflikcie brytyjsko-irlandzkimi i ludziach niesłusznie skazanych za zamachy IR -dał wyraźny dowód na to, po której stronie leżą jego sympatię. Spotkał się za to z krytyką.

Technika ponad wszystko

Podobnie jak jego amerykańscy koledzy, Daniel Day Lewis wyznawał tzw. method acting - grę aktorską w oparciu o model rosyjskiego reżysera Stanisławskiego, gdzie aktor bez reszty wciela się rolę, którą odgrywa na planie. Legendarna była jego kreacja w "Mojej lewej stopie", gdzie zagrał Irlandczyka cierpiącego na porażenie mózgowe, który przez swą determinację, odnosi sukces jako malarz. Malował właśnie lewą stopą. Day-Lewis tak był skoncentrowany na roli, że spędził kilka tygodni wśród ludzi niepełnoprawnych, a na planie tkwił w postaci, nie chodząc w niej nawet wtedy, gdy kamery przestawały kręcić.

Gra na siebie

W filmie "Aż poleje się krew" stworzył tak mocną postać głównego bohatera, bezwzględnego potentata naftowego, pchanego ambicją i nienawiści do ludzi, że kompletnie zdominował innych aktorów. Po prostu górował nad nimi siłą przekazu i techniką. Za tę role również otrzymał Oscara.

Takie zawsze było niebezpieczeństwo występowania z nim na planie. Na przykład w filmie "Gangi Nowego Jorku" zagrał herszta bandy, bezwzględnego rzeźnika - dosłownie i w przenośni. Zupełnie przytłoczył wówczas na ekranie młodego, Leonarda di Caprio. Nie pomógł fakt, że zestawienie tych dwóch panów, w ich indywidualnych momentach kariery, było wątpliwą decyzją ludzi odpowiedzialnych za casting.

Natomiast w jego przedostatnim filmie, za który również otrzymał hollywoodzką statuetkę, wcielił się w role amerykańskiego prezydenta Abrahama Lincolna. Tym razem Daniel Day-Lewis okazał dojrzałą powściągliwość. Po prostu dał pograć innym. Na ekranie wyglądał do złudzenia tak jak ojciec amerykańskiej demokracji. Był jego kalką. Wraz odejściem na emeryturę Daniela Day-Lewisa, niewielu aktorów biedzie mogło pochwalić się taka precyzją gry i wyczuciem przed kamerą filmową.