W 1999 roku Zdzisław Beksiński otrzymuje list od 19-letniego Łukasza Banacha z Bochni. Mimo katorgi, jaką jest dla niego pisanie, odpisuje. Banach, będący dla Beksińskiego źródłem wiedzy o grafice 3D, staje się jedynym jego uczniem, spadkobiercą warsztatu. Fascynująca korespondencja, pokazująca prawdziwego Beksińskiego, wypływa po latach.

O zupełnie nowym Zdzisławie Beksińskim rozmawiam z jego przyjacielem i uczniem Łukaszem Banachem (czyli Normanem Leto), pomysłodawcą i autorem książki "Detoks" Jarosławem Mikołajem Skoczeniem oraz odpowiedzialną za redakcję obszernej korespondencji Pauliną Karpińską.

***

- Skąd miałeś adres Beksińskiego - pytam.

Norman Leto, dawniej Łukasz Banach: Od faceta który prowadził magazyn o grafice komputerowej. Miałem tam rozkładówkę ze swoimi pracami 3D, a Beksiński miał się pojawić w kolejnym numerze. Zadzwoniłem do redaktora gazety z prośbą o podanie adresu czy telefonu. Beksiński się zgodził, więc mi podał.

POCZĄTEK

Łukasz Banach pisze pierwszy list do Zdzisława Beksińskiego.

 "Pańskie kilkadziesiąt lat doświadczeń... cóż, bagatela, różnica (51 lat?) wieku, która nas dzieli jest zachwycającą przepaścią. Powinienem artystycznie się wyzwolić z tego małego miasta, jakim jest Bochnia. Mam dość wystawiania swoich prac w Bibliotekach Miejskich. (...) Co powiesz, jak po ciebie przyjdą i spytają, co do tej pory zrobiłeś? Dziękuję za uwagę, do usłyszenia. Proszę o ewentualny odzew. Będzie pięknie.

Pan Banach niewymownie zajmujący"

Norman: Nie miałem nic do stracenia. Pierwszy list był bardzo pretensjonalny. Ale chyba przez te "mgły i ognie sztuczne", jak sam to później określił, zwrócił jego uwagę.

Beksiński odpisuje w sobotę, 10 lipca 1999 roku o godz. 9:46.

[fragment]

"Podoba mi się to, jak Pan pisze i radziłbym tej łączki nie zaniedbywać. Jeśli ośmieliłbym się dawać jakieś rady, to przede wszystkim nie kopiować niczego, a poza tym BARDZO dużo pracować i wymierzać sobie samemu co jakiś czas kopa w dupę. Chodzi o to, by nawet wbrew sobie zmieniać (póki się jest młodym) sposób widzenia i przedstawiania, a także technikę pracy, by się przedwcześnie nie spetryfikować, co jest wprawdzie w przyszłości nieuniknione, ale bez sensu byłoby spetryfikować się już w chwili, gdy być może jeszcze (na skutek braku wymuszonego owym kopem ruchu na ślizgawce) nie trafiliśmy na to, co chcielibyśmy w świecie. Na odległość splunięcia jest Kraków, czyli polska stolica sztuki. Poza tym Bochnia leży w Galicji, skąd pochodzi większość utalentowanych wariatów. Jest tam zdaje się kopalnia, a tereny górnicze też sprzyjają pomyleńcom. Człowieku: czego Pan więcej chce?

KOMPUTERY

Pretekstem do budowania symbiozy stają się wzajemne potrzeby: Beksińskiego ciągnie do komputerów, chce wiedzieć, poznawać programy, które umożliwią mu zabawę obrazem. Banach chce być drugim Beksińskim. Zrzyna na potęgę. Mimo subtelnych (i mniej subtelnych) uwag Beksińskiego, dopiero po dwóch latach przyznaje:

"Jeśli idzie o plagiaty Pańskich pomysłów - kiedy jeszcze nie widziałem w tym nic złego, namalowałem i co ciekawsze - sprzedałem dwie NAJWIĘKSZE ZRZYNY W HISTORII za granicę. Były to właśnie wspomniane auto oraz postać na krześle. Teraz chętnie zastosowałbym funkcję UnDo, ale to życie, a nie Photoshop. Sprzedałem jeszcze kilka mniejszych zrzyn, ale te były najgorsze i wstyd rośnie z miesiąca na miesiąc".

Norman: Miałem świadomość, że maluję, zrzynając od niego. To wynikało poniekąd z tego, że jego technika malowania narzucała pewien rodzaj obrazu. Korzystałem z jego metody, obrazy "ześlizgiwały się" w jego stronę.

Beksiński próbuje wyprowadzić Banacha na prostą. Uczy go podstaw, opowiada o technikach, komentuje rysunki, jakie dostaje w mailach od 19-latka.

"Jak się kiedyś dostatecznie wkurwię, to wywalę cały komputer przez okno (...). Teraz dla odmiany przestały działać drukarki. Tak więc nie mogę, odpisując Panu, mieć przed oczami Pańskich rysunków. Najogólniej wytknąłbym Panu brak cierpliwości. Odpierdala Pan wszystko na kolanie: byle szybciej. No cóż, jest to przywilej młodości (...)".

Beksiński, fanatyk komputerowy, wielokrotnie odgrażał się w korespondencji z 19-letnim wówczas chłopakiem z Bochni, że w tempie co najmniej dynamicznym pozbędzie się sprzętu, który nie nadąża za jego potrzebami. Komputery, programy, internet. Był gadżeciarzem. I inżynierem. I malarzem, zafascynowanym grafiką komputerową.

Komentuje załączone rysunki:

 "Postać w rozkroku i w tkaninie. O ile pamiętam rysunek, to, co leży na podłodze, jest ledwie zaznaczone, a właśnie takie wymiętoszenie, gdy na tkaninę działa z jednej strony jej własny ciężar, a z drugiej strony opór podłogi, mogłoby być najbardziej interesujące dla dokładniejszego potraktowania (...) Więcej nie będę, bo muszę sam malować, a mam z tym zawsze poważne kłopoty"

A młody Banach nie znosi krytyki:

"Widzę, że ostro Pan skrytykował moje pierwsze próby, ale nic to. Będę pracował dalej. I chyba raczej sam. Bo powoli zaczynam być nie-samoukiem, a po ostatnim Pańskim mailu stwierdziłem, że nie jestem przyzwyczajony do krytyki w jakiejkolwiek postaci. I będzie mi z tym ciężko".

-  Sam mu podsyłałeś prace, prosiłeś o opinię, zajmowałeś czas, więc o co chodzi? - pytam.

Norman: - Jak się ma 19 lat, to bardzo ciężko jest przyjąć krytykę.

***

Jarosław Skoczeń wpadł na tę korespondencję przez przypadek. Później dwa lata szukał Łukasza Banacha, czyli Normana Leto. Norman rozpływał się jak powietrze, był nieuchwytny. Cenne listy, nafaszerowane detalami malarsko-psychologiczno-filozoficzno-intymnymi (czasem pornograficznymi), leżały "w biurku" historyka sztuki, dyrektora Muzeum Historycznego w Sanoku Wiesława Banacha (który z Łukaszem Banachem nie ma nic wspólnego).

Po tragicznej śmierci Zdzisława Beksińskiego muzeum w Sanoku stało się spadkobiercą dorobku artysty. 

BEZ SMALL TALKU

Poza listami były spotkania. W przegrzanym mieszkaniu Beksińskiego, gdzie zawsze były zapasy coli, na hamburgerach w McDonald’s.

- O czym rozmawialiście?

Norman: Z Beksińskim można było pogadać o wszystkim. Nienawidził small talku. Uwielbiał rozmawiać o ciężkich tematach - o śmierci, o filozofii, o dewiacjach, to go dopiero kręciło . I to samo robił w wywiadach,  zaskakując często pruderyjnych dziennikarzy, którzy chcieli zrobić standardowy wywiad.

Jarosław: Podpuszczał.

Gdy Łukasz próbował go naciągnąć na rozmowę snach i o tych obszarach ciała kobiety, które szczególnie go interesują, odpowiedział tak:

"Podejrzewam, że jestem przez Pana podpuszczany. Nie kupuję! À propos rysunków, to Panu przytoczę przykład z zakładu w Tworkach, o którym mi opowiadał zaprzyjaźniony psychiatra. Mieli tam jeszcze w latach pięćdziesiątych faceta, który rysował nieustannie scenę ukrzyżowania (trzy krzyże), ale w ciągu roku czy dwóch rysowania w kółko tego samego rysunki coraz bardziej się stereotypizowały i zmierzały w kierunku mało religijnym (chociaż co my możemy wiedzieć o religii). Niżej moje schematyczne szkice, pokazujące kierunek przekształceń, bo tych rysunków pośrednich były podobno setki. Taki morfing"

Norman: Nawet, gdy rozmawialiśmy o sprawach seksu, byliśmy na "pan", więc to powodowało taki kuriozalny efekt, wręcz literacki. Opisywał mi ulubione pozycje, marzenia i mówił "wie pan". Wyglądało to jak rozmowa dwóch kulturalnych panów.

Jarosław: Gdyby ktoś posłuchał z boku, toby pomyślał, że żartują. Niemożliwe, żeby rozmawiali o tak intymnych sprawach, nie będąc na "ty". Ale to wprowadza porządek w relacjach.

Mimo zażyłości, przyjaźni, symbiozy, na jaką przystali, nigdy nie przeszli na "ty".

KAMUFLAŻ

Nie da się podejść bliżej. Beksiński jest w "Detoksie" na wyciągnięcie ręki. Mógł sobie zbroić mieszkanie, montować pancerne drzwi, najnowsze kamery. Ale najlepsza kamera nie mogła zarejestrować takiego obserwatora, jakim staje się czytelnik tej książki.

Beksiński chciał pozostać niezauważony w tłumie.

Gdy Łukasz o mało nie dostał w mordę za długie włosy, Zdzisław napisał:

"Jeżeli skiny atakują Pana za długie włosy, to niechże je Pan w celach mimetycznych skróci. (...) Ja od zawsze starałem się nie wyróżniać i nawet dziś nie sposób mnie odróżnić od usługowca, który montuje żaluzje okienne".

Norman: Ubierał się zwyczajnie - w przeciwieństwie do wielu artystów, którzy uprawiają surrealizm i starają się samym sobą to wyeksponować, to on wręcz przeciwnie.

- Jak wyglądało jego mieszkanie?

Norman: Jak mieszkanie jakiegoś inżyniera. Płyta pilśniowa, wszystko białe, skrajnie funkcjonalne - poza tymi obrazami, które gdzieś tam wieszał, ale nie wiem, czy lubił. Chyba lubił. Kable ułożone równo, poobklejane taśmą, komputery, płyty idealnie poukładane.

Jarosław: Krótkie spodenki, koszula w kratę. Lubił ciepło. U niego zawsze było ciepło. Czasami zastanawiałem się, czy miał jakieś inne rzeczy. Byłem u niego kilkanaście razy i zawsze był w tych samych spodenkach i koszuli.

Norman: Raz było u niego tak gorąco, to go poprosiłem, czy nie mógłby skręcić kaloryferów. Włączył klimatyzator i zacząłem marznąć. Pierwsza wizyta i było mi głupio poprosić, żeby jednak podkręcił temperaturę. Siedziałem i się telepałem z zimna. Takie były początki.

LEKCJE

Wymieniają z Łukaszem setki listów. Łukasz chce wiedzieć, jak się gruntuje podłoże, maluje cienkie kreski, rysuje fałdy. Wymieniają setki maili, nawet po tym, jak Beksiński na początku uprzedza:

"Mam CHOLERNE trudności z pisaniem, gdyż cierpię na rodzaj dysleksji: robię w tekście nieprawdopodobną liczbę błędów, głównie aliteracji. (...) Dzielę czasami wyraz pośrodku, a łączę ze sobą połówki wyrazów kolejno po sobie następujących. List piszę przez 10 minut, a poprawiam przez pół godziny (...). W ogóle pisanie to dla mnie katorga".

Lawina pytań od Łukasza. Beksiński odpisuje nawet kilka razy dziennie. Czasem się niecierpliwi, czasem gani, ale odpowiada na wszystkie pytania. O życie, o starość, o śmierć, o farby olejne, o upodobania seksualne.

"Farby olejne to związki chemiczne wymieszane z olejem lnianym. Wysychanie polega na łączeniu się oleju z tlenem, czyli tzw. linoksyzacji. Każdy prawie związek chemiczny ma własności albo przyspieszające linoksyzację, albo zwalniające, czyli każdy pełni rolę katalizatora, tak więc nie wszystkie kolory schną jednakowo szybko".

Norman: To jest druga warstwa książki. Beksiński uczył nie co malować, ale jak malować, jak przygotować płyty. Opisał wszystko, łącznie z nazwami, cenami, a także gdzie warto kupować.

INNY BEKSIŃSKI

Paulina: Rozmawialiśmy z Normanem i zobaczyłam innego Beksińskiego. On się w tych listach bardzo otworzył. Beksiński z "Dzienników" był inny. A wydawało się, że to dzienniki były osobiste. Zobaczyłam pana, który nie pasuje do swojego wieku. Norman wydawał się starszy w tej korespondencji, niż był, a Beksiński funkcjonował w epoce młodych ludzi - interesował się komputerami, był niezwykle oczytany, miał szeroką wiedzę o świecie.

Norman: Narzekał na rówieśników, że to dziadki z obsuwającymi się skarpetkami i w zasadzie nie ma o czym gadać, a chciałby porozmawiać o gadżetach. Nas połączyła rozmowa o komputerach - to miało być spotkanie o technologii malarstwa, gruntowaniu płyt pilśniowych, a ja miałem mu pokazać, jak się obsługuje programy 3D.

"Dobrze. Jeśli nie muszę odpowiadać na każdy list, to czuję się rozgrzeszony. Przez dwa dni mój komputer był w proszku i po awarii zaczynałem od fdisk. Wiele rzeczy umiem samemu zrobić, ale jedna stanowczo przekracza moją inteligencję: skonfigurowanie i połączenie się z moim serwerem internetowym. To jest rzecz trudniejsza dla mnie na pewno od objaśniania mistycznego znaczenia Tory i kabały lub od najtrudniejszej rzeczy, jaka jest na kuli ziemskiej, a mianowicie od wypełnienia formularza podatkowego PIT. Nie umiem i chyba nigdy się nie nauczę odpowiedzieć na prawie żadne z pytań, jakie zadaje mi program, i grzęznę nawet wtedy, gdy istnieje kreator ułatwiający mi krok po kroku dokonanie połączenia. Wczoraj, na przykład, mój kreator, będący dodatkiem do polskiej wersji Office 2000 (korzystam tam tylko z Worda), dał mi do wyboru około 30 dostawców internetowych".

Norman: Potem to się przerodziło w przyjaźń. Przy czym dopiero teraz widzę, jak bardzo byłem bezczelny w zadawaniu pytań wprost.

Paulina: Moim zdaniem ta bezczelność sprawiła, że Beksiński się otworzył. Zaczepki i reakcje były fascynujące.

Norman: Beksiński udzielał kiedyś w Sanoku wywiadu dla telewizji - opowiadał tam o swoich upodobaniach seksualnych. Zastanawiałem się, jak odbiera to jego żona, która - podejrzewam - nie była w stanie zaspokoić tych jego dziwacznych potrzeb.

[szczegóły nie do przytoczenia w tekście, odsyłam do listu z 1 marca 2001 roku]

- Zdecydowaliście się ujawnić tę korespondencję. Nie było wątpliwości? - pytam.

Norman: Beksiński pisał maile, wiedząc, że one zostaną kiedyś opublikowane. Takie mam wrażenie...

Jarosław: A ja nie do końca...

[Cisza]

Jarosław: W przypadku "Dzienników" miał świadomość, że będą publikowane...  W korespondencji jest tyle smaczków. Mogło mu się wydawać, że ta korespondencja nie wypłynie. Mam wrażenie, że dzienniki pisał dla potomnych, a korespondencja to był PRAWDZIWY Beksiński. Od tej strony nie pokazał się w żadnym z wywiadów. Brakuje tu dziś Beksińskiego, jego poczucia humoru.

SYMBIOZA

Jarosław: Trafili na siebie w trudnym okresie. Beksiński był po śmierci żony i parę miesięcy po samobójstwie syna - Tomka. Norman z kolei miał swoje schizy, depresję, wiek dojrzewania, pierwsze problemy, hipochondrię, która się w korespondencji bardzo uwypukla.

Norman: Jak się poznałem z Beksińskim, to były chyba ostatnie dni Tomka...

- Próbował ci doradzać, gdy pisałeś o stanach depresyjnych?

Norman: Tak, ale zawsze zastrzegał, że to tylko jego zdanie. Bał się odpowiedzialności. Tak samo, jak bał się odpowiedzialności za Tomka. Brzmi to może okrutnie, ale być może nie każdy jest dobrym materiałem na ojca. Ze społecznego punktu widzenia to jest temat tabu - trudno odbierać komukolwiek prawo do bycia rodzicem. Każdy ma takie prawo, ale nie każdy się do tego nadaje.

Jarosław: Beksiński chciał mieć kolegę. Od małego traktował Tomka jak kolegę. Później sobie wyrzucał, że może najpierw powinien być jego ojcem, a później kolegą. W pewnym momencie usynowił Normana.

Norman: Tego nie wiemy.

Jarosław: Beksiński nie wpuszczał prawie nikogo do domu, musiały być to osoby mu znane. Gdy Norman przyjeżdżał do Beksińskiego, to nocował w jego mieszkaniu. Niesamowite zaufanie i fascynacja. Dwustronna fascynacja.

Norman: Pod tym też było zwykłe gadżeciarstwo. Czasem chciał się dowiedzieć, jak jakiś program działa.

Otaczał się nowinkami technologicznymi. Inkrustował je w swoją rzeczywistość.

"Dzielni ludzie z firmy zajmującej się wideofonami rozwalają w tej chwili żelazne drzwi do mojej samotni, osadzając tam minikamerę, która w ich opinii jest koreańskim cudem świata i czymś, co pozwoli mi na nieco więcej niż odróżnienie człowieka od niedźwiedzia stojącego na tylnych łapach, co było górną granicą możliwości kamery umieszczonej w nich do tej pory. Jeszcze Pan nie był stary, ale gdy Pan już będzie, to się Pan przekona, że wraz ze zgrzybieniem narasta w człowieku lęk przed napadem. Wprawdzie do moich drzwi nie dzwoni dzwonek częściej niż raz w tygodniu, ale Jaroszewicz omylił się tylko raz w życiu i to wystarczyło. I tak zapewne kiedyś się omylę i to, co uznam za nieszkodliwą starszą panią w futrze, okaże się być niedźwiedziem, który uciekł z cyrku i zadzwonił do moich drzwi".

***

W korespondencji widać, jak Łukasz się przepoczwarza.

Paulina: po kilku miesiącach pisania listów widać zwrot - proces "odchodzenia" od Beksińskiego.

To ten tytułowy "detoks".

Norman: Długo się bałem odczepić od jedynego źródła informacji.

Jarosław: Beksiński po pewnym czasie napisał do Łukasza, żeby mu nie przysyłał swoich obrazów, bo zaczyna czuć, że zrzyna od Normana. Niesamowity komplement. Ile musiało być w Beksińskim pokory! Żaden normalny artysta by się do tego nie przyznał.

15 Stycznia 2003 r., godz. 23:40 "(...) Zachodzi obawa, że to, co Pan robi, zacznie bez mej woli wywierać na mnie wpływ. Niestety tak to już jest, że wszyscy pływamy zazwyczaj we wspólnej zupie i zobaczenie czegoś cudzym okiem nagle popycha nas w jakimś kierunku. W końcu wpływ na człowieka ma bliżej niezdefiniowania "rzeczywistość", a więc też obrazy PT Kolegów po fachu, niezależnie od ich wieku czy doświadczenia, co dowodnie widać w spuściźnie wszelakich grup artystycznych. Należy tu dodać, że unikam jak ognia oglądania rzeczy należących do zbliżonego syndromu, jaki sam uprawiam, w tym właśnie celu, by mieć oczyszczony umysł, tak więc gdy mimo woli zaczynam oglądać tego więcej, to zaczyna się to człowieka czepiać wbrew jego woli".

I dalej:

"Wysyłam jedno zdjęcie zrobione przez fotografa Rosikonia, który robił mi zdjęcie do albumu (to niestety nie wejdzie do albumu), i jeden rysunek komputerowy, które razem mogą nasuwać domniemanie, że to nie Banach zrzyna z Beksińskiego".

***

Beksiński, jak wspomina Norman, nie znosił imprez "środowiska artystycznego", statuetek, nagród. Uważał to za zawracanie głowy.

Jarosław: Miał dostać odznaczenie od prezydenta, ale pomylili jego imię i bardzo się cieszył, że nie musiał iść.

Paulina: Zaprosili Zbigniewa, a nie Zdzisława.

Jarosław: Jak Zbigniewa, to niech Zbigniew idzie!

"Nawet w kancelarii Prezydenta robię za Zbigniewa. Znajomi chcieli sprostować, ale prosiłem, by tak zostało, bo w dzieciństwie marzyłem, by nie być Zdzisiem tylko Zbyszkiem, bo zdrobnienie Zdziś cholernie mnie bolało, jako iż chciałem być czymś w rodzaju kowboja, a kowboj Zdziś brzmiał fatalnie. O wiele gorzej niż Zbyszek. Po drugie, ilekroć pan Prezydent spotyka się z PT Twórcami i do mnie umyślny przynosi kwadratową kopertę z wytłoczonym orłem, to zawsze udaję (przed sobą), że to nie do mnie, tylko do jakiegoś Zbigniewa, bo takiego spotkania w szeregu wraz ze zgrają innych utalentowanych dupków chybabym psychicznie nie zniósł".

Z drugiej strony cały czas podkreślał i bał się tego, że jego sztuka może nie przetrwać, że za sto lat może już nikt nie będzie znał ani jego nazwiska, ani nie będzie mógł podziwiać obrazów, bo zostaną zniszczone. Był taki pomysł, żeby odbudować jego dom w Sanoku i tam zrobić wystawę. Napisał wtedy do Wiesława Banacha coś w stylu "błagam pana, na litość boską, jak zrobią wystawę w drewnianym domu i będzie pożar, to wszystko pochłonie. Co zostanie z mojej pracy?". Miał wręcz takie natręctwa - bardzo chciał, żeby ta jego sztuka przetrwała.

Norman: Dokładnie! A skąd te jego pancerne metody impregnowania obrazów? Jego obrazy naprawdę będą trwałe. Cieszę się, ze znam tę technikę, bo uważam, że jest jedną z trwalszych.

- Dostałeś "Paszport Polityki" za "budowanie mostów między nauką i sztuką. Jak by zareagował Beksiński, gdybyś mu o tym napisał wieczorem 9 stycznia 2018 roku?

Norman: Pewnie by odpisał cynicznie... "Gratuluję, że zdobył pan uznanie na salonach", czy coś w tym stylu. On podziwiał to środowisko, ale jednocześnie wiedział, że nie jest w nim akceptowany. Ostrzegał, żeby się nie chwalić znajomością z Beksińskim, bo może mi to kiedyś zaszkodzić.

Jarosław: Nie miał dobrych notowań w "środowisku". Na pewno by napisał, że gratuluje, a na końcu " O Boże, dobrze, że nie znają mojego adresu i że nie wymyślili, żeby mi dać taki "Paszport". Musiałby na końcu przywalić.

***

22 lutego 2005, 9:59

Witam, ja tylko piszę kontrolnie - czy wszystko OK? Ja osobiście czuję się źle psychicznie, na nic nie chce mi się odpisywać, ludzie mogą się obrażać. Zwalam wszystko na monotonię zimna i pogody. Pozdrawiam, ŁB

***

[cisza]

***

"I tak zapewne kiedyś się omylę i to, co uznam za nieszkodliwą starszą panią w futrze, okaże się być niedźwiedziem, który uciekł z cyrku i zadzwonił do moich drzwi".

Zdzisław Beksiński został zamordowany w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku.

Ewelina Karpińska-Morek