To Seung Hui Cho, 23-letni student, obywatel Korei Południowej strzelał w poniedziałek w kampusie Uniwersytetu Virginia Tech – poinformowała policja. Zidentyfikowano go na podstawie odcisków palców. W strzelaninie zginęły 33 osoby, kilkanaście zostało rannych.

Cho przebywał w USA legalnie z wizą studencką i studiował literaturę angielską. Mieszkał na campusie w Virginia Tech – mówił podczas konferencji szef policji Wendell Flinchum.

Przy zabójcy - jak dodał - znaleziono dwie sztuki broni. Ekspertyzy balistyczne potwierdziły, że jedna z nich została użyta w obu strzelaninach. Nie ma jednak absolutnej pewności, że strzelała ta sama osoba. Nie ma też żadnych dowodów na to, by Cho Seung Hui miał wspólnika.

Koreańczyk pozostawił po sobie wielostronicowy list. To wy mnie do tego doprowadziliście - napisał zabójca. Ten list to oskarżenie kierowane pod adresem "bogatych dzieciaków". Autor narzeka w nim na panujące wyuzdanie i zakłamanie.

Policja nie podaje, co dokładnie było w liście, jednak określa te notatki mianem "niepokojących". Nie wiadomo, czy podane tam szczegóły to wytwór wyobraźni zabójcy, czy też jakieś fakty.

Ofiary napastnika znaleziono w Norris Hall w czterech salach i na klatce schodowej. On sam zastrzelił się w jednej z sal.

33 ofiary śmiertelne, w tym zamachowiec; kilkanaście osób rannych – to tragiczny efekt strzelaniny na terenie kampusu uniwersytetu Virginia Tech w Blacksburgu. Okoliczności tragedii wciąż nie są jasne. Wiadomo, że do strzelaniny doszło w dwóch różnych miejscach kampusu. czytaj więcej

Wcześniej do mediów dotarły informacje, że policja podejrzewa o zbrodnię mężczyznę pochodzącego z Azji. Dziennik "Chicago Sun Times" sugerował, że chodzi o mieszkańca Chin, który w ubiegłym roku przyjechał do Stanów Zjednoczonych. Według relacji gazety, 24-letni mężczyzna przybył do San Francisco 7 sierpnia, na pokładzie samolotu United Airlines z Szanghaju.

Wśród ofiar prawdopodobnie nie ma Polaków

Polska ambasada w Waszyngtonie nadal nie ma informacji, by wśród ofiar strzelaniny na uniwersytecie w Wirginii byli Polacy. Wiadomo, że uczyło się tam co najmniej dwóch studentów z Polski i mieszkały co najmniej cztery rodziny Polaków zatrudnionych przez uczelnię.

W większości osób mamy potwierdzone, że nikomu nic się nie stało. Czekamy jeszcze na potwierdzenie odnośnie jednego pracownika uczelni i na potwierdzenie od jednego studenta, którego nie mamy jeszcze zidentyfikowanego z imienia i nazwiska - mówi RMF FM konsul Paweł Bogdziewicz.

Pełna lista trzydziestu dwóch ofiar szaleńca zostanie upubliczniona prawdopodobnie dopiero za kilka dni. Na razie zidentyfikowano 15 ofiar - 11 studentów i czworo wykładowców. W szpitalach wciąż przebywa dwadzieścia osiem najciężej rannych osób.

Ameryka budzi się w szoku

Do pierwszej strzelaniny w akademiku Virginia Tech doszło rano, tuż po godzinie 7 miejscowego czasu. Zginęły tam dwie osoby – kobieta i mężczyzna. Policja w oparciu o zeznania świadków uznała, że zabójca uciekł z terenu Uniwersytetu. Niespełna 3 godziny później, w budynku położonym kilkaset metrów od miejsca pierwszej zbrodni, napastnik zastrzelił z zimną krwią 30 osób i osaczony przez policję popełnił samobójstwo.

Świadkowie masakry mówią, że morderca chodził z bronią po budynku uczelni od sali do sali i strzelał na oślep - również do leżących na ziemi. Studenci barykadowali drzwi, chroniąc się przed zabójcą.

Tragedia w Blacksburg doprowadzi do kolejnej w Stanach Zjednoczonych dyskusji na temat dostępności broni. Wirginia należy do stanów, które nie wprowadziły w tej sprawie ścisłych ograniczeń i broń można tam kupić bardzo łatwo. czytaj więcej

O tej „rzezi” – jak o masakrze na uniwersytecie pisze jedna z amerykańskich gazet – mówi się w całych Stanach Zjednoczonych. Ameryka dopiero się budzi. Budzi się w szoku największym od zamachów z 11 września – twierdzą niektórzy publicyści. Media nie informują o niczym innym – stacje telewizyjne bez przerwy powtarzają amatorskie nagrania strzelaniny.

Amerykanie w podobnych sytuacjach stają się bardzo solidarni – cały kraj opłakuje ofiary. Nie brak jednak głosów, że za to, że ofiar było aż tyle ktoś musi ponieść odpowiedzialność. Wskazywane są władze uczelni i uczelniana policja za to, że pomiędzy strzelaninami nie zarządzono ewakuacji i nie ostrzeżono studentów. Władze uniwersytetu tłumaczą, że po pierwszej strzelaninie nie odwołały zajęć i nie zamknęły campusu, bo uważały ją za "odosobniony incydent". Posłuchaj relacji korespondenta RMF FM Jana Mikruty:

Profesor Wojciech Roszkowski, polski eurodeputowany, który kiedyś wykładał na uniwersytecie w Wirginii uważa, że to swoista tragedia Ameryki, że w takim spokojnym cywilizowanym świecie dzieją się takie rzeczy: Problem w tym, że to jest niezwykły kontrast. Zrelaksowana młodzież, poruszająca się luzackim krokiem – nic nie wskazuje na to. I nagle przez zaskoczenie coś takiego. Ale myślę, że to jest możliwe w każdym miejscu. To nie jest akurat ten uniwersytet, to jest możliwe wszędzie - mówi.

Na stadionie w kampusie zakończyły się uroczystości żałobne z udziałem prezydenta Busha. Tej przemocy i takiego cierpienia nie sposób wytłumaczyć. Ci, którzy zginęli w niczym nie zawinili. Po prostu znaleźli się w złym miejscu, o złej porze. Zostawili pogrążone w żałobie rodziny, kolegów i naród - powiedział prezydent USA.