Obozowisko uchodźców powstało w centrum Brukseli. Setki Syryjczyków koczuje w parku Maksymiliana przed urzędem rejestrującym azylantów. Ze stolicy Europy relacjonuje korespondentka RMF FM, Katarzyna Szymańska-Borginon.

Obozowisko uchodźców w centrum Brukseli /KAtarzyna Szymańska-Borginon /RMF FM

Kolejny tydzień mężczyźni i kobiety z dziećmi, którzy uciekli przed śmiercią mieszkają w namiotach w stolicy Europy. Widok ten jest prawie nie do zniesienia - wieżowce w biznesowej dzielnicy Brukseli, a między nimi obozowisko, setki namiotów podarowanych przez zwykłych Belgów, niekiedy przez gminy, kuchnie polowe, zaimprowizowane stoiska z jedzeniem. Uchodźcy jedzą często na ziemi, bo brakuje stołów i krzeseł.

Widzę, jak z luksusowego samochodu wysiada mężczyzna i wręcza zawartość wypchanej torby innemu mężczyźnie. Ten ostatni jest nieogolony, ma przekrwione, podkrążone oczy. Uśmiecha się z wdzięcznością. Między sobą rozmawiają po arabsku. Widzę także 10-letnią dziewczynkę o jasnych lokach, która ciągnie za sobą wózek, w którym są napoje i plastikowe kubki. Wielu Belgów przyznaje, że ma obawy, boi się "najazdu" imigrantów, ale jak podkreślają, w tym wypadku nie mogą pozostać obojętnym. Trzeba pomóc.

Widzę jak belgijska dziewczynka wręcza małemu uchodźcy pluszaki: białego misia i różowe serduszko  z napisem "I love you". Na twarzy malucha pojawia się uśmiech. Jeden z uchodźców mówi łamanym francuskim: "Europa dobra, Belgia dobra. Także Niemcy i Holandia. Chcemy tu zostać".

W większym namiocie wolontariusze zorganizowali prowizoryczną szkołę. Tutaj dzieciaki mogą rysować, grać w gry, a nawet zacząć uczyć się języka. Wiele dzieci przeszło traumę, to widać - mówi jedna animatorek-wolontariuszek. Trzymają się kurczowo mamy. Boją się ludzi - dodaje.

Na miejscu widać przede wszystkim pomoc wolontariuszy, zwykłych Belgów, którzy przyszli tu na kilka, kilkanaście godzin, by rozdać jedzenie, posortować ubrania, zająć się dziećmi. Odnoszę jednak wrażenie sporego chaosu. Nic nie jest zorganizowane "centralnie", przez władze. No, może poza policją, która się wszędzie kręci. Przed dwoma toaletami ustawia się spora kolejka. Nie ma prysznica, ciepłej wody, elektryczności.

Przyjechałem tu z cała rodziną - opowiada mi 45-letni Syryjczyk, dzięki innemu, który pomaga mi w tłumaczeniu. No, nie z całą, bo moja 14-letnia córka zmarła w drodze - dodaje. Mówi, że gotów jest tu mieszkać, nawet w namiocie, byle z dala od wojny...

(abs)