Rosja nie może pogodzić się ze zwycięstwem Ukraińców na Eurowizji. "Ukradli nam zwycięstwo. Konkurs zamienili w polityczną trybunę" - pisze bulwarowa "Komsomolskaja Prawda". Na Ukrainie z kolei politycy grożą, że na kolejny finał nie wpuszczą rosyjskich artystów, którzy popierają aneksję Krymu.

Jamala, zwyciężczyni Eurowizji 2016 /SERGEY DOLZHENKO /PAP/EPA

W Rosji dominuje przekonanie, że konkurs wygrał Siergiej Łazariew. Co więcej tamtejsze media, krytykują sposób głosowania. Twierdzą także, że Dania przez pomyłkę przyznała głosy Ukrainie. Organizatorzy Eurowizji potwierdzają potknięcie, ale zaprzeczają, że mogła wpłynąć na zmianę wyniku.

Przypomnijmy, w głosowaniu jury wygrała Australia, w głosowaniu widzów - Rosja. Ostatecznie jednak zwycięzcą Eurowizji została Ukraina.

„To polityczne zwycięstwo”

Rosjanie krytykują też Ukrainę, twierdząc, że wykorzystała politykę do zwycięstwa w konkursie. Sami Ukraińcy temu zaprzeczają.

Uznali, że deportacja Tatarów to nie jest polityczny temat. To może my wyślemy kogoś z polskimi korzeniami, by zaśpiewał o rzezi wołyńskiej? - odpowiada Ukraińcom politolog Dmitrij Kulikow.

Rosja zbojkotuje kolejny finał Eurowizji?

Niewykluczone, że za rok - gdy gospodarzem finału będzie Ukraina - kontrowersji wokół Eurowizji będzie jeszcze więcej. Doradca szefa ukraińskiego MSW i deputowany Anton Heraszczenko przypomniał, że artyści popierający politykę Władimira Putina mają zakaz wjazdu na Ukrainę. Kijów posiada nawet taką "czarną listę" rosyjskich twórców. Jeżeli któryś z nich miałby reprezentować Rosję, to na Ukrainę nie wjedzie - deklarują tamtejsi politycy.

Czy rzeczywiście dojdzie do skandalu na przyszłorocznym finale Eurowizji na Ukrainie? Nie wiadomo, bo pojawiają się też głosy, że Rosja zbojkotuje konkurs w 2017 roku.

Ukrainy nie stać na Eurowizję?


Jak informuje z kolei agencja informacyjna Sputnik, ukraiński minister kultury Jewgienij Niszczyk zasugerował, że Ukraina powinna szukać inwestorów w Europie, którzy pomogą zorganizować przyszłoroczny finał Eurowizji w Kijowie.

Budżet potrzebny na zorganizowanie konkursu to wydatek milionów dolarów, a Ukraina jest krajem borykającym się z różnymi problemami, w tym finansowymi.

Niszczuk zaznaczył, że nie ma szans, by budżet państwa mógł sfinansować Eurowizję. Zaznaczył, że potrzebni są także specjaliści, których na Ukrainie nie ma. Potrzebujemy ludzi z Europy, bo Sztokholm postawił wysoko poprzeczkę - mówi w rozmowie z Ukrinform. Taki standard wymaga jednak potężnego zastrzyku gotówki - dodaje.

(az)