Słynne, okraszone przekleństwem słowa "Niech pan wraca na pokład" zabrzmiały w sądzie w Grosseto we Włoszech na procesie kapitana statku Costa Concordia Francesco Schettino. Zeznania złożył kapitan Gregorio De Falco z kapitanatu w Livorno.

Wrak Costa Concordii podniesiony

W nocy wrak statku Costa Concordia został podniesiony i ustawiony w pionie. Operacja koło wyspy Giglio we Włoszech trwała blisko dobę. Nigdy wcześniej w historii światowej żeglugi nie podniesiono tak gigantycznego statku. czytaj więcej

Na rozprawie odtworzono fragment emocjonalnej rozmowy obu kapitanów tuż po katastrofie wycieczkowca u brzegów wyspy Giglio 13 stycznia 2012 roku. Wtedy De Falco, szef kapitanatu z pobliskiego Livorno usiłował dowiedzieć się od Schettino, co stało się na pokładzie statku, i bardzo nerwowo zareagował na wiadomość o tym, że kapitan w trakcie ewakuacji pasażerów uciekł z pokładu. Wtedy padły pamiętne słowa Gregorio De Falco, dzięki którym został on przedstawiony jako całkowite przeciwieństwo antybohatera Schettino.

Dziennikarze obecni podczas procesu odbywającego się w gmachu teatru w Grosseto zauważyli, że gdy odtwarzano fragment rozmowy telefonicznej, kapitan Schettino opuścił głowę.

Składając zeznania Gregorio De Falco powiedział, że kapitan Concordii po ucieczce ze statku wprowadził go w błąd, mówiąc, że na pokładzie pozostało "maksimum około dziesięciu osób". Tymczasem okazało się, że na przewracającym się statku było wtedy jeszcze nawet 300 osób.

Pytałem, ile tam jest osób, kazałem mu ich szukać na pokładzie, nalegałem, ale kapitan nie potrafił udzielić mi odpowiedzi -
wyjaśnił przed sądem szef kapitanatu. Co więcej, jak ujawnił, Francesco Schettino zapewniał go, że pozostanie na pokładzie, by panować nad sytuacją. Mimo tych deklaracji - dodał - kapitan wszedł do szalupy ratunkowej i odpłynął.

Ponadto De Falco opowiedział, że nie uwierzył w uspokajające zapewnienia przekazywane przez załogę statku z ponad 4 tysiącami osób na pokładzie, że doszło tam tylko do drobnej awarii prądu. Dopiero później załoga przyznała, że woda wdziera się do statku. Wtedy mogliśmy posłać kutry ratunkowe i helikoptery - wspominał Gregorio De Falco.

Ujawnił, że o tym, iż doszło do prawdziwej katastrofy morskiej, kapitanat dowiedział się jednak nie od załogi, ale od karabinierów w mieście Prato w Toskanii. Na ich posterunek zadzwonił krewny jednej z pasażerek, która opowiedziała mu, że na pokładzie jest ciemno, że kazano założyć kamizelki ratunkowe i panuje chaos.

Zrozumieliśmy, że sytuacja jest znacznie poważniejsza
- oświadczył kapitan De Falco.

W katastrofie Concordii zginęły 32 osoby. Kapitan Francesco Schettino jest jedynym oskarżonym na tym procesie. Łącznie grozi mu kara do 20 lat więzienia.

(jad)