Ukraina chce polskiego wstawiennictwa w gazowym sporze Kijowa z Gazpromem. Ukraińscy politycy alarmują bowiem, że w związku z zawartymi w styczniu porozumieniami w ciągu 3 lat Kijów może stracić kontrolę nad własnymi gazociągami.

230 dolarów za tysiąc metrów sześciennych - jak twierdzi rosyjski Gazprom, czy też 95 dolarów - jak zapewnia ukraiński Naftohaz? Na razie nie wiadomo, choć teoretycznie Ukraina i Rosja osiągnęły w tej sprawie porozumienie. czytaj więcej

Porozumienia podpisano po gazowym kryzysie i odcięciu przez Gazprom dostaw gazu na Ukrainę. Teraz jednak okazuje się, że początkowo satysfakcjonujące obie strony umowy są niekorzystne dla Kijowa.

Ukraińskie władze chcą, by mediatorem w sporze z Rosją była Unia Europejska, a szczególną rolę odgrywać ma Polska. Minister gospodarki Piotr Woźniak obiecał polską interwencję. Kijów uważa bowiem, że Komisja Europejska działa zbyt opieszale. Szef resortu przyznał, że w tym wypadku każdy dzień zwłoki się liczy. - Po raz pierwszy usłyszałem tak poważnie i jednoznacznie sformułowane obawy strony ukraińskiej - stwierdził.

Rosyjski Gazprom twierdzi, że dostawy gazu do Europy są mniejsze, gdyż Ukraina, przez terytorium której przebiega gazociąg, pobiera więcej gazu, niż uzgodniono w porozumieniu zawartym na początku roku. Umowa zażegnała wtedy gazową wojnę. czytaj więcej

Nie ukrywał, że było to dla niego zaskoczenie, ponieważ styczniowe porozumienia były przedstawiane przez ukraiński rząd jako wielki sukces. - Mam w tej chwili mniejsze rozumienie tej sprawy. Chciałbym tylko przypomnieć, że ta umowa obrosła już w ponad 20 aneksów - tłumaczy.

Nie ma wątpliwości, że Unia Europejska musi jakoś zareagować. Przez Ukrainę płynie bowiem do Europy około 100 miliardów metrów sześciennych gazu. Utrata kontroli nad gazociągami pogorszyłaby europejskie bezpieczeństwo energetyczne.