​Wizyta Jarosława Kaczyńskiego w Wielkiej Brytanii pokazuje na brak zaufania wobec rządu, wobec Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wobec tych osób, na których prezes PiS opierał swoją ocenę sytuacji międzynarodowej i sytuacji w UE - mówi dr Katarzyna Pisarska. Ekspert w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Tomaszem Skorym ocenia, że wizyta Jarosława Kaczyńskiego to konsekwencja wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej i porażki dyplomatycznej w Brukseli.

Jarosław Kaczyński /Jacek Turczyk /PAP

Tomasz Skory (RMF FM): Może Pani określić, po co Jarosław Kaczyński pojechał do premier May i dlaczego akurat on?

Katarzyna Pisarska: W mojej ocenie, wizyta premiera Kaczyńskiego w Wielkiej Brytanii to konsekwencja wyboru Donalda Tuska i polskiej porażki dyplomatycznej w Brukseli. Z informacji, które posiadamy, wiemy, że Jarosław Kaczyński zakładał, że jednak Wielka Brytania wstrzyma się od głosu w czasie głosowania w Radzie Europejskiej. Tak się nie stało. Również Orban zawiódł prezesa Kaczyńskiego. Myślę, że tutaj była taka refleksja, że sam prezes Kaczyński ma za mało informacji o tym, co się dzieje międzynarodowo, i że - częściowo - nie może też ufać tym źródłom, na których opierał swoje informacje dotąd. Stąd też decyzja aby jednak wyjechać z Polski i samemu porozmawiać z tymi przywódcami, których uznał, że są najbardziej kluczowymi dla polskiej racji stanu, państwami, które mogą gdzieś wesprzeć w przyszłości politykę PiS-u. No i oczywiście Wielka Brytania była takim naturalnym wyborem pierwszym.

Ale to poważne nadużycie zaufania ze strony rządu w takim razie musiało nastąpić wobec Jarosława Kaczyńskiego...

W mojej opinii tak musiało się stać. Sam fakt, że prezes Kaczyński, który rzadko angażuje się w kwestie polityki zagranicznej - miał tylko spotkania zasadniczo z premierem Orbanem - dziś wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, jak rozumiem, przede wszystkim właśnie po to, by spotkać się z premier May, pokazuje na brak zaufania wobec rządu, wobec Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wobec tych osób, na których prezes Kaczyński opierał swoją ocenę sytuacji międzynarodowej i sytuacji wewnątrz Unii Europejskiej.

Tak to wygląda z perspektywy polskiej, a z perspektywy tych krajów, z którymi Jarosław Kaczyński być może będzie się jeszcze kontaktował?

Wydaję mi się, że niewielu przedstawicieli państwowych zdecydowałoby się na takie spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim teraz, dzisiaj. Natomiast Wielka Brytania jest takim wyborem naturalnym, ponieważ Wielka Brytania dzisiaj gra o wszystko. Jest w bardzo trudnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej. Z tego co wiemy, Komisja Europejska przygotowała bardzo ostre stanowisko negocjacyjne z Wielką Brytanią, zupełnie nie do zaakceptowania w pierwszym czytaniu przez Brytyjczyków, a jednocześnie wewnątrz Wielkiej Brytanii toczy się spór ze Szkotami, z Irlandczykami, więc Theresa May musi szukać wszędzie zwolenników. Myślę, że stąd też decyzja, żeby spotkać się z Jarosławem Kaczyńskim.

Ale co Jarosław Kaczyński może zyskać na tym spotkaniu?

Wydaję mi się, że Prawo i Sprawiedliwość szuka dzisiaj jakichś alternatywnych pomysłów na koalicje międzynarodowe, tzn. sposobów aby móc balansować, będąc w Unii Europejskiej, ale grać jednak kartą antyniemiecką. Oczywiście ani Orban, który pokazał, że jest całkowicie pragmatycznym politykiem i nie jest warty zaufania, ani też pozostałe kraje wyszehradzkie: Słowacja, Czechy, które są bardzo proniemieckimi krajami, nie są tu naszymi partnerami w tym obszarze. Szuka on kraju silnego, który zarówno ma interes w bliskich kontaktach z Polską, ale który też będzie musiał przeciwstawić się Niemcom we własnych negocjacjach, bo przecież Niemcy będą odgrywały ogromną rolę w tych negocjacjach brexitowych, nadawały pewnego tonu tym negocjacjom. Być może właśnie na to liczy Jarosław Kaczyński, w czasie tej rozmowy bezpośredniej z Theresą May, pokazując że sam wychodzi z inicjatywą, sam chce zrozumieć, co jest priorytetem dzisiaj dla Wielkiej Brytanii, gdzie polski rząd będzie mógł być pomocny w tych negocjacjach brexitowych, w zamian oczywiście licząc na brytyjskie poparcie w innych obszarach i polityki zagranicznej, no i oczywiście polskich obywateli na wyspach - miejmy nadzieję.

Ale kosztem otwartego podważenia zaufania do oficjalnych reprezentantów państwa polskiego? Do rządu, prezydenta?

Myślę, że nikogo w tym kraju już to nie dziwi. Mieliśmy w przeszłości, w ostatnich dwóch latach wiele sytuacji, w których jasne było, gdzie w Polsce jest ośrodek decyzyjny. Pytanie raczej jest, dlaczego Polacy się na to zgadzają?

Ja pytam raczej o postrzeganie z zagranicą...

Jest bardzo dużo dobrej woli wśród naszych partnerów z Zachodu, którzy rozumieją w jaki sposób decyzje są podejmowane w Warszawie i którzy się po prostu dostosowują do realiów. Jeżeli nie zależałoby im, żeby coś załatwić, uznawaliby, że kontakty jedynie z rządem wystarczą. Natomiast jeśli im zależy, żeby konkretne polityki i konkretne inicjatywy popychać do przodu to rozumieją również, że są nieformalne, niezinstytucjonalizowane ośrodki decyzyjne w Warszawie i z nich korzystają. Czy to jest dobre dla Polski to jest inne pytanie, i dlaczego Polacy się na to zgadzają to jest również inne pytanie, ale taka jest rzeczywistość i nikt tej rzeczywistości na Zachodzie nie będzie zupełnie zaklinał.