Możecie mnie nazywać populistą, ale nie demagogiem - powiedział w wywiadzie dla "Le Journal du Dimanche" Emmanuel Macron, niezależny kandydat we francuskich wyborach prezydenckich, wskazywany przez sondaże jako możliwy ich zwycięzca w drugiej turze. Wyraził też przekonanie, że w miarę postępów kampanii wyborczej jego ruchu, który "nie jest ani lewicowy ani prawicowy", będzie zyskiwał coraz większe poparcie zarówno ze strony Partii Socjalistycznej, jak i konserwatywnych Republikanów.

Emmanuel Macron /Rainer Jensen /PAP/DPA

Jeśli być populistą znaczy przemawiać do ludu bez filtru aparatów partyjnych, zgadzam się, aby nazywano mnie populistą - stwierdził polityk. W tym sensie generał Charles de Gaulle nim był. Nie należy jednak tego mylić z demagogią, która polega na mówieniu ludziom tego, co chcą usłyszeć, kierując się najbardziej prymitywnymi odczuciami - dodał polityk.

Kandydat o socjoliberalnych poglądach, który był ministrem gospodarki w rządzie prezydenta socjalisty Francois Hollande'a, oskarżył dwoje swych głównych rywali, skrajnie prawicową Marine Le Pen i konserwatystę Francois Fillona, że patriotyzm myli im się z nacjonalizmem.

Mój stosunek do ojczyzny i kultury jest otwarty, nie polega na odrzucaniu innych, innego - podkreślił Macron. Ostrzegł też przed myleniem dżihadyzmu z islamską wspólnotą we Francji. Gdybyśmy przyznali rację zwolennikom takiego poglądu - powiedział - musielibyśmy uznać, że wszyscy muzułmanie są potencjalnymi terrorystami - tłumaczył. Jednocześnie wskazał na konieczność realistycznego podejścia do zagrożeń, obiecując, że w przypadku zwycięstwa wyborczego stworzy 10 000 dodatkowych etatów w policji i żandarmerii.

(mn)