Za zgodą Białego Domu Kongres USA odtajnił w piątek 28 stron swojego raportu z 2002 roku poświęconego zamachom z 11 września 2001 roku. Zdaniem Białego Domu wbrew wieloletnim spekulacjom nie ma tam dowodu wskazującego na związek Arabii Saudyjskiej z zamachami.

World Trade Center po ataku z 11 września 2001 roku /KEITH MYERS /PAP/EPA

Strony, które pozostawały tajne przez kilkanaście lat, zawierają niepotwierdzone informacje o kontaktach przyszłych zamachowców z osobami powiązanymi z władzami saudyjskimi. Raport nie przesądza, czy te osoby znały plany przeprowadzenia zamachów. Zawarte tam informacje były tropami, które dopiero miały być zbadane przez FBI.

Według raportu terroryści z Al-Kaidy mogli być wspierani przez wysoko postawionych oficerów wywiadu Arabii Saudyjskiej.

"Zamachowcy, którzy zaatakowali wieże World Trade Center, podczas pobytu na terenie Stanów Zjednoczonych otrzymywali wsparcie od osób, które mogą być powiązane z rządem saudyjskim" - głosi raport. "FBI ma informacje, że przynajmniej dwie z tych osób mogły być agentami saudyjskiego wywiadu".

Raport zaznacza jednak, że nie ma jednak precyzyjnego dowodu, który wiązałby Saudyjczyków z zamachami z 11 września 2001 roku.

Agencje amerykańskiego wywiadu wytypowały pięciu podejrzanych Saudyjczyków, którzy mogli być łącznikami między rządem Arabii Saudyjskiej a Al-Kaidą:

Omar Bassnan - agencje twierdzą, że "może on być agentem wywiadu saudyjskiego". Rzekomo miał dostać pieniądze oraz fałszywy paszport od ambasadora saudyjskiego w Stanach Zjednoczonych. Swoim znajomym z Arabii Saudyjskiej miał chwalić się, że pomagał terrorystom, którzy przeprowadzili atak na wieże World Trade Center. CIA zaznaczyło także, że w 2002 roku Bassnan podczas podróży do Houston miał spotkać się z członkiem saudyjskiej rodziny królewskiej i odebrać od niego pieniądze.

Omar al-Bayoumi - w 1993 roku pracował w amerykańskich filiach saudyjskich firm zajmujących się lotnictwem cywilnym. Miał też utrzymywać kontakty z saudyjskimi ministrami. W 2000 roku wykonał ponad 100 połączeń telefonicznych z przedstawicielami rządu Arabii Saudyjskiego. Według FBI miał pomagać zamachowcom podczas pobytu w San Diego w lutym 2000 roku. Wcześniej miał konsultować się z saudyjskim dyplomatą. 

Shaykh al-Thurnairy - dyplomata saudyjskiego konsulatu oraz imam meczetu w Culver Citz w Kalifornii. Według informacji wywiadów miał kontakt z zamachowcami, którzy porwali samoloty.

Saleh al-Hussayen - według informacji wywiadów zatrzymał się w tym samym hotelu, w którym przebywał minister spraw wewnętrznych Arabii Saudyjskiej. Był przesłuchiwany przez FBI, jednak powiedział, że nie znał terrorystów, którzy zaatakowali wieże World Trade Center. Uciekł ze Stanów Zjednoczonych, a tym samym umknął ponownym przesłuchaniom przez amerykańskich agentów.

Abdullah bin Laden - były pracownik ambasady Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie. Według FBI był on przyrodnim bratem byłego lidera Al-Kaidy Osamy bin Ladena.

Agencje wywiadu amerykańskiego jako pośredni dowód związków rządu saudyjskiego z zamachami, wskazują brak chęci współpracy ze strony Saudyjczyków. Jeden z agentów twierdził, że "Saudyjczycy działali tylko wtedy, gdy dotyczyło to ich samych".

Raport nie rzuca nowego światła

Według Białego Domu na związki rządu Arabii Saudyjskiej z zamachami nie ma żadnych dowodów. To potwierdzenie tego, o czym mówiliśmy od pewnego czasu - powiedział rzecznik prezydenta Baracka Obamy, Josh Earnest. Podkreślił, że ujawnione "28 stron" nie rzuca żadnego nowego światła na rolę Arabii Saudyjskiej.

Władze Arabii Saudyjskiej wyraziły nadzieję, że opublikowanie tajnych dotąd stron raportu całkowicie oczyści kraj z podejrzeń.

Od 2002 roku komisja ds. zamachów z 11 września, wiele agencji rządowych, w tym FBI i CIA badało zawartość 28 stron i potwierdziło, że ani saudyjski rząd, ani wysocy rangą przedstawiciele władz ani jakakolwiek osoba działająca w imieniu saudyjskiego rządu nie dostarczyła wsparcia ani nie zachęcała do ataków - oświadczył saudyjski ambasador w Waszyngtonie Abdullah as-Saud.

Przewodniczący komisji wywiadu Kongresu USA Devin Nunes wyraził poparcie dla odtajnienia "28 stron", zwracając uwagę, że zawierają one niepotwierdzone poszlaki, które były dopiero później w pełni badane przez odpowiednie służby.

Z kolei były senator z Florydy Bob Graham, który współprzewodniczył śledztwu Kongresu, uznał, że z ujawnionych stron bardzo jasno wynika, że Arabia Saudyjska była głównym źródłem finansowania zamachów.

Decyzję o utajnieniu 28 stron podjął w 2002 roku ówczesny prezydent George W. Bush. Zdaniem agencji AP zrobił to nie tylko, by chronić źródła i metody wywiadowcze, ale także po to, by nie narażać na szwank stosunków z Arabią Saudyjską, która jest długoletnim i ważnym sojusznikiem USA w rejonie Zatoki Perskiej.

W zamachach z 11 września 2001 roku zginęło blisko 3 tys. osób.