​Francuska policja schwytała kloszarda, który podejrzany jest o kradzież blisko pół miliona euro z biurka firmy konwojenckiej na podparyskim lotnisku im. Charlesa de Gaulle’a. Pieniędzy jednak nie odnaleziono.

Zdj. ilustracyjne /Thomas Muncke /PAP/EPA

W czasie przesłuchań 47-letni kloszard, pochodzący z rodziny arabskich imigrantów, przyznał się do dokonania około dwóch miesięcy temu kradzieży worków zawierających prawie pół miliona euro w gotówce na podparyskim lotnisku im. Charlesa de Gaulle’a. Wyjaśnia, że skorzystał po prostu z faktu, iż ktoś zapomniał zamknąć na klucz drzwi znajdującego się tam biura firmy konwojenckiej.

Zapewnia jednak, że pieniędzy już nie ma. Twierdzi, że został sam zaatakowany w jednym z podparyskich imigranckich gett przez czterech bandytów w kominiarkach, którzy zaczęli go bić i kazali mu powiedzieć, gdzie ukrył całą sumę. Kloszard to zrobił - i jak teraz podkreśla - więcej nie widział ani napastników, ani worków z pieniędzmi.

Kloszard został schwytany przez policję w schronisku dla bezdomnych w imigranckim getcie w Sekwana-Saint-Denis pod Paryżem. Wcześniej policja podejrzewała, że mógł uciec najpierw do Belgii, a później do Afryki Północnej, gdzie ciągle mieszka część jego rodziny.

Główny zainteresowany przyznał, że zaraz po kradzieży uciekł pociągiem do Brukseli. Następnie jednak postanowił wrócić do imigranckiego getta pod Paryżem, gdzie - jak twierdzi - miał przyjaciół.

(az)